Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydarzenia. Pokaż wszystkie posty

Lubisz to?


Tegoroczną majówkę rozpoczęłam bardzo oryginalnie - od skasowania facebookowej strony bloga! Wcale nie był to plan przemyślany i zamierzony ani nagły impuls, żeby rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady - po prostu zwykły przypadek, chwila roztargnienia - jeden nierozważny klik i fanpage zniknął bezpowrotnie. Okazuje się, że nawet po niemal 10 latach blogowania i niewielu mniej "fejsowania" takie rzeczy mogą się zdarzyć, szczególnie, kiedy wiosna buchnie majem ;) Szkoda mi masy materiałów, ciekawych i inspirujących dyskusji, ale przede wszystkim najfajniejszego na świecie grona użytkowników, które nazywałam swoją everycake-ową rodziną :)

Wiosna, to zawsze nowy początek, więc otwieram fanpage od nowa, który mam nadzieję, z Waszą pomocą szybko odbuduję.

Drogi czytelniku - jeżeli nadal masz ochotę obserwować, co dzieje się na blogu, co słychać u mojego (S)kota, być na bieżąco z wieściami z ogrodu, lasu i łąki i moimi, czasem szalonymi kulinarnymi pomysłami, proszę polub nowy fanpage (i daj znać zainteresowanym znajomym). Dziękuję! :)


lubię to


Przy okazji wiosennych rewolucji, jeszcze jedna zmiana - przeszłam na własną domenę i teraz blog ma krótszy i łatwiejszy adres: www.everycakeyoubake.pl

W gościnie u Ambasadora Tajlandii. Thai Food Week


Jeżeli jesteście tutaj nie po raz pierwszy, znacie pewnie moją miłość do Azji i jej kultury i kuchni, o której wspominałam wielokrotnie. W Tajlandii długo kochałam się "platonicznie", poznając jej kulinarną stronę trochę na okrętkę, bo od jej zeuropeizowanej, brytyjskiej interpretacji, aż do poprzedniego roku, kiedy spełniło się moje marzenie i mogłam w końcu na własnej skórze doświadczyć jej uroku i niepowtarzalnych smaków. Jeżeli chcecie spróbować prawdziwej kuchni tajskiej bez pokonywania tysięcy kilometrów, przez cały tydzień jest taka okazja w Warszawie, gdzie właśnie rozpoczyna się Thai Food Week.

See Bloggers i kulinarne czary mary


Ostatni lipcowy weekend spędziłam w Gdyni. W nowiutkim, supernowoczesnym Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w Redłowie odbyła się już trzecia, tym razem wakacyjna edycja ogólnopolskiego spotkania blogerów See Bloggers. Dla mnie to pierwsze spotkanie z See Bloggers, a drugi, duży zjazd blogerski po Blog Forum w Gdańsku. Mam szczęście do miejsc, bo poza bliskością mojego stałego miejsca zamieszkania, Trójmiasto od czasów studiów traktuję jak drugi dom i mam do niego szczególny sentyment :)

Dzień (S)Kota :)


Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Kota (u mnie dokładnie Dzień S'kota ;)), więc nie zapomnijcie dostarczyć swoim kocim przyjaciołom dodatkowej porcji mizianka, głasków, pieszczot, zabaw i oczywiście ulubionej karmy :) Przydałyby się też jakieś "kocie" ciasteczka dla właścicieli, ale w szaleństwie typowo karnawałowych słodkości, niestety nie zdążyłam upiec. Zapisuję je sobie na przyszły rok :)
Nie zapominajmy też, że to Dzień Kota i ostatni dzień karnawału w jednym - dzisiaj są powody do mruczenia... ;)



Święto chleba

bochen na święto chleba

W ostatni weekend wybrałam się na trwające w Elblągu, trzydniowe Święto Chleba. Nie znam przyjemniejszych jarmarków, od tych, na których z (prawie) każdego stoiska uśmiechają się do mnie rumiane bochny, chrupiące bagietki, puchate drożdżówki i sznury precli i obwarzanków. Imponująca liczba regionalnych i zamiejscowych wystawców z dumą zaprezentowała swoje wypieki, więc o prawdziwy zawrót głowy przyprawiał wybór oferowanych rodzajów chleba. Przechadzałam się pomiędzy stoiskami, dziękując losowi, że nie mam problemów z nietolerancją glutenu.

Czekoladowa noc w pracowni rarytasów E.Wedel

z wizytą w pracowni rarytasów fabryki E.Wedel

Mając jeszcze świeżo w pamięci obezwładniający zapach czekolady, unoszący się wokół budynku i w samej fabryce podczas mojej Mikołajowej wizyty tam, nie spodziewałam się, że tak szybko będę miała sposobność wrócić do czekoladowego królestwa Wedla. Tym razem słodkie zaproszenie zaszczyciło mnie z okazji Nocy Muzeów - corocznej imprezy, która powoli przestaje być nocnym buszowaniem tylko i wyłącznie po miejscach ściśle związanych z kulturą i sztuką, ale również otwiera podwoje innych ciekawych miejsc, niedostępnych na co dzień. Fabryka Wedla już po raz drugi otworzyła się dla zwiedzających i chętnych poznania tajemnic powstawania ulubionych łakoci. Ja wraz z grupką innych blogerek, wieczorem poprzedzającym Noc Muzeów, spotkałyśmy się, aby zajrzeć do serca fabryki - Pracowni Rarytasów.

z wizytą w pracowni rarytasów fabryki E.Wedel

W Pracowni Rarytasów realizowane są zamówienia specjalne, tam powstają produkty limitowane i wszelkie cukiernicze dzieła sztuki, które nie podlegają produkcji taśmowej. Tutaj liczy się praca ręczna, doświadczenie i mistrzowskie umiejętności, które potrafią wyczarować z czekolady każdy kształt, kolor i kompozycję smakową. Nie tylko miałyśmy okazję obejrzeć to wyjątkowe stanowisko pracy, ale też spróbować własnych sił w tym temacie, pod okiem dowodzących pracownią - państwa Joanny Klimas-Profus i Janusza Profusa.

z wizytą w pracowni rarytasów fabryki E.Wedel
Na pierwszy ogień poszła tabliczka czekolady w rozmiarze XXL (o wiele bardziej pasowała do niej nazwa "tablica" ;)), którą mogłyśmy skomponować same, według własnego gustu, z trzech rodzajów czekolady i całej masy pysznych dodatków. Tylko jak tu ograniczyć się do jednego smaku przy takiej masie możliwości? Z wrodzonego braku zdecydowania, w mojej formie powstała tabliczka "szachownica" z czekolady ciemnej, mlecznej i białej na przemian, gdzie każda kostka kryła inną niespodziankę, w postaci zatopionych w niej prażonych w całości i solonych orzechów laskowych, siekanych hiszpańskich pistacji, kawałków marcepanu, żurawiny i czekoladowych groszków. Wrażenia towarzyszące wyjmowaniu z formy kilogramowej tabliczki czekolady własnej roboty - bezcenne :)
z wizytą w pracowni rarytasów fabryki E.Wedel
z wizytą w pracowni rarytasów fabryki E.Wedel

Jedną z najciekawszych niespodzianek była możliwość poznania procesu powstawania czekoladowych figurek przestrzennych. Wykonanie kolorowych figurek z różnych rodzajów czekolad przypomina trochę technikę malowania na szkle - rozpoczyna się od końca, nakładając najpierw warstwy, które znajdą się na pierwszym planie, a kończąc wypełnieniem foremek masą bazową, którą w przypadku naszych słoników i żabek, była czekolada mleczna. Ostatnim etapem jest karuzela z foremkami, którą obsługuje maszyna o dumnej nazwie Galileo, pomagająca czekoladzie zastygać stopniowo i równomiernie na ściankach foremki, dzięki czemu zachowuje formę przestrzenną.

z wizytą w pracowni rarytasów fabryki E.Wedel

Na koniec dekorowałyśmy słynne wedlowskie torciki i muszę przyznać, że szło mi to o niebo lepiej niż za pierwszym razem i pewniejszą już ręką zrobiłam torcik kwiatowy, jak na wiosenną porę roku przystało :) Potem pozostało nam już tylko zapakowanie naszych dzieł (m.in. w bardzo ładne wedlowskie retro opakowania na nasze giga-czekolady), degustacja nowej, limitowanej edycji białego Ptasiego Mleczka Ice (z miętową nutą chłodzącą) w wersji mrożonej (bardzo smaczne na zimno!) i na tym zakończyła się nasza nocna przygoda w fabryce czekolady.

z wizytą w pracowni rarytasów fabryki E.Wedel

Fabryka Przyjemności. E.Wedel od 1851

fabryka czekolady E.Wedel od 1851

Nie sposób zabłądzić w drodze do fabryki. Można trafić tam nawet z zamkniętymi oczami, kierując się nosem, bo słodki, zniewalający zapach rozciąga się wokół budynku w promieniu kilkuset metrów i nawet szalejący orkan nie był w stanie tego zmącić. W samej fabryce czekoladowy aromat jest już tak intensywny, że niemal odczuwa się, jak endorfiny zaczynają rozmnażać się w organizmie, wypełniając po chwili każdą komórkę ciała. Zdecydowanie - to jedno z najprzyjemniejszych miejsc pracy na świecie :)

Fabryka czekolady E.Wedel od 1851
fabryka czekolady E.Wedel od 1851

Wizyta w fabryce czekolady, w dodatku w Mikołajki, to jak spełnienie dziecięcych marzeń :) Razem z grupą zaproszonych blogerów i dziennikarzy, w towarzystwie dyrektora Witolda Ziobrowskiego, który zdradził nam trochę tajemnic fabryki, która od 1851 roku osładza życie Polakom, zwiedziliśmy najpierw linię produkcyjną, gdzie powstaje czekolada w tabliczkach - ta klasyczna mleczna i gorzka oraz czekolady smakowe i nadziewane. Nie można było przestać uśmiechać się, oglądając płynną, gęstą czekoladową masę, przelewaną do foremek i gotowe tabliczki wyjeżdżające na taśmie, a następnie trafiające do kolorowych opakowań. Później mieliśmy niepowtarzalną okazję poznania największej tajemnicy fabryki Wedla - procesu produkcji Ptasiego Mleczka. Niezapominane wrażenie robił widok przesuwającej się taśmy, na której odpoczywała i tężała, wymieszana dokładnie chwilę wcześniej, lekka, waniliowa pianka, krojona następnie w kostkę i polewana ciemną czekoladą, by zamienić się potem w morze uwielbianych przez wszystkich waniliowych czekoladek. Tak właśnie wyglądać muszą sny czekoladoholików ;)

fabryka czekolady E.Wedel od 1851
fabryka czekolady E.Wedel od 1851

Część warsztatowa wizyty polegała na zabawie i wcieleniu się przez chwilę z cukierników-dekoratorów. Naszym zadaniem było ozdobienie słynnego waflowego, orzechowego Torcika Wedlowskiego i ogromnej, czekoladowej świątecznej bombki. Na własnej skórze przekonałam się, jak bardzo trudno opanować drżenie ręki pisząc i malując półpłynną czekoladą na czekoladowej powierzchni i jak wielki podziw należy się osobom, które robią to na co dzień z precyzją godną kaligrafa. Mimo wszystko zabawa była bardzo udana i powstała cała galeria jadalnych, świątecznych ozdób, w tym ta spod mojej ręki -  everycakeyoubake'owa bombka z Mikołajem :)

fabryka czekolady E.Wedel od 1851
fabryka czekolady E.Wedel od 1851

Ostatnią atrakcją pobytu w Fabryce Przyjemności była świąteczna witryna - prawdziwe dzieło cukiernicze autorstwa Maestro Czekolady - Janusza Profusa i jego zespołu. Wykonana z 850 kg wedlowskiej czekolady, przedstawia przytulny, świąteczny pokój z przepięknie ozdobioną, dwumetrową choinką, prezentami i kawowym stolikiem z krzesłem. Każdy najdrobniejszy szczegół, łącznie z podłogą, żyrandolem, zegarem, ścianami i zawieszonymi na nich obrazami z wizerunkami Karola, Emila i Jana Wedlów - ojców założycieli firmy, został wykonany z czekolady z tak wielką precyzją, że trudno było powstrzymać się, żeby nie usiąść na czekoladowym krześle i nie zacząć bawić się czekoladowymi zabawkami :) Witrynę można podziwiać aż do Nowego Roku w witrynie fabryki Wedel od ulicy Zamoyskiego.

fabryka czekolady E.Wedel od 1851
fabryka czekolady E.Wedel od 1851

LOTTE Wedel Sp. z o.o.
ul. Zamoyskiego 28/30
Warszawa


Edukator Stylu - wyróżnienia

 
Tuż przed dłuuuuugim majowym weekendem zakończyło się głosowanie na ulubioną aranżację stołu, wybranych przeze mnie prac, zgłoszonych wcześniej do konkursu Edukator Stylu. Dziękuję za wszystkie oddane głosy oraz opinie na temat przedstawionych propozycji. Zdecydowaną większością głosów wygrała aranżacja o numerze 018 - Zieleń w formie i to jej autor otrzyma wyróżnienie specjalne oraz nagrodę ufundowaną przez organizatora konkursu - DUKA. Zdradzę, że "Zieleń w formie", to również mój osobisty numer jeden, podziwiany za czystą formę, estetykę i współgrające pięknie z całością elementy kultury Dalekiego Wschodu, której jestem wielbicielką :)
Autorowi serdecznie gratuluję!


Zgodnie z obietnicą, wyróżnienia należą się również komentującym i za najtrafniejsze komentarze chciałabym nagrodzić:

- Kass,
- Martę Sokołowską,
- Cherry Plum,
- Bella in funky world,
- Adę

Nagrodami są zestawy (3 sztuki) kubków Stockholm, ufundowane przez DUKA.
Bardzo proszę nagrodzonych o kontakt mailowy.




Edukator Stylu

Witam poświątecznie :) Na pewno podobnie jak ja, wciąż jeszcze odpoczywacie po świątecznej kulinarnej rozpuście, na pewno omijacie szerokim łukiem łazienkową wagę i dojadacie resztki słodkich bab i mazurków ;) Dlatego jeszcze przez chwilę nie będę Was zamęczać kolejnym przepisem, a w zamian, zapraszam do jeszcze jednego niekulinarnego, choć ściśle ze stołem związanego konkursu :)

Jakiś czas temu zostałam zaproszona do grona jurorów konkursu Edukator Stylu, organizowanego już po raz drugi przez firmę Duka. Jest to konkurs i zarazem program, skierowany do wszystkich miłośników dobrego designu, którzy wierzą, że otaczanie się pięknymi rzeczami ma wpływ na jakość życia. Moim zadaniem było wyłonienie 10 najciekawszych według mnie aranżacji stołu spośród olbrzymiej ilości nadesłanych prac konkursowych. Wybór nie był łatwy, ale w końcu udało mi się wybrać te, które najbardziej oczarowały mnie swoją kompozycją, estetyką, kolorystyką i klimatem, dopasowanym do przedstawianego tematu:

1)  018 Zieleń w formie

2) 027 Z miłości do dobrego stylu

3) 029 Uczta na udany wieczór

4) 096 Wiosenny brunch

5) 116 Tam, gdzie design spotyka się z naturą

6) 123 Feeria kolorów, bogactwo smaków

7) 165 Powiew wiosny

8) 263 Aranżacja bez tytułu

9) 336 Przeciwieństwa się przyciągają

10) 385 Symfonia smaków


W związku z tym, mam również zadanie / konkurs dla Was. Wybierzcie aranżację, która to Wam podoba się najbardziej i uzasadnijcie swój wybór w komentarzu pod wpisem tutaj lub na Facebooku. Autor konkursowej pracy, która będzie powtarzać się w Waszych wyborach najczęściej otrzyma wyróżnienie specjalne i nagrodę w postaci woka Gourmand, a dla 5 autorów najtrafniejszych według mnie komentarzy mam zestawy trzech kubków Stockholm:


Konkurs trwa do końca miesiąca, czyli do 30 kwietnia. Zapraszam do zabawy :)




"Kiedy swego czasu goły las nastaje, Święty Hubert z lasu cały obiad daje". Warsztaty kulinarne Makro - dziczyzna

warsztaty kulinarne - dziczyzna

Pamiętacie, jak całkiem niedawno, przy okazji święta kuchni polskiej wspominałam dawne, staropolskie uczty sarmackie, w czasie których stoły uginały się od specjałów kuchni myśliwskiej i wszelkich innych darów lasów? Sezon na dziczyzną w pełni, więc namiastką takiej uczty uraczyło tydzień temu blogerów kulinarnych stołeczne Makro.

To już trzecie warsztaty kulinarne w Centrum HoReCa, w których miałam przyjemność wziąć udział i po raz trzeci, ze względu na ich temat, nie wahałam się ani chwili, czy aby na pewno warto przemierzyć te 300 kilometrów w jedną stronę, aby zgłębić parę nowych tajników szefów kuchni. Co prawda w programie nie było zająca (choć miałam nadzieję, że kurs jego przyrządzania pozwoli zatrzeć w końcu zajęczą porażkę sprzed lat ;)), ale i tak wróciłam z głową pełną inspiracji i pomysłów ich wykorzystania we własnej kuchni.

warsztaty kulinarne - dziczyzna


warsztaty kulinarne - dziczyzna


warsztaty kulinarne - dziczyzna


warsztaty kulinarne - dziczyzna

Przede wszystkim domowa wędzarnia. Pomyślelibyście kiedyś, że za pomocą głębokiej patelni, folii aluminiowej, drewnianych wiórów, herbaty, metalowego sitka i miski można uwędzić kawałek mięsa, który smakuje potem jak dzieło sztuki kulinarnej z ekskluzywnej restauracji? :) Dokładnie w ten sposób uwędziliśmy na warsztatach sarni comber. W skład rozżarzonej w patelni podściółki, oprócz drewnianych wiórków i czarnej herbaty liściastej, wchodził też cukier, gałązki świeżego rozmarynu i skórka otarta z cytryny, co zapewniło mięsu fantastyczny aromat. Mam zamiar wykorzystać ten patent w celu uwędzenia nie tylko mięsa :) Muszę tylko sprawdzić przedtem, czy na pewno mam sprawny wyciąg kominowy i uprzedzić sąsiadów, żeby nie wzywali straży pożarnej, kiedy zobaczą unoszący się z okna kuchennego dym ;)

warsztaty kulinarne - dziczyzna


warsztaty kulinarne - dziczyzna

Razem z Niną, na naszym stanowisku warsztatowym (snując marzenia o takiej myśliwskiej uczcie w "realu" ;)), przygotowałyśmy jeszcze pasztet z dzika z suszoną śliwką i absolutnie pyszny filet z jelenia z borowikami, pieczony w cieście francuskim i podawany z konfiturą z czerwonej cebuli. Żeby tego było mało, miałyśmy okazję spróbować pieczeni z dzika w maśle ziołowym i dania, żywcem przeniesionego ze stołu księcia Sapiehy, czyli zrazów z mięsa dzika.

Makro przyjęło nas, jak zawsze iście po królewsku, za co organizatorom i panom kucharzom należy się ukłon. Po raz pierwszy patronat nas warsztatami objął "moderator" naszej kulinarnej blogosfery, czyli niezastąpiony Durszlak, reprezentowany przez Kasię i Marcina. Gdyby nie ograniczenia czasowe, pewnie jeszcze długie godziny zamęczalibyśmy pana Grzegorza i Piotra pytaniami o kolejne kulinarne patenty, testowalibyśmy kolejne dania i dyskutowalibyśmy przy stole o naszych kolejnych kuchennych doświadczeniach, jak to blogerzy kulinarni mają w zwyczaju ;) Do kolejnego, miłego zobaczenia :)

warsztaty kulinarne - dziczyzna


warsztaty kulinarne - dziczyzna

Kiedy Św. Marcin na białym koniu jedzie... Warsztaty kręcenia rogali marcińskich w Poznaniu

rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty

Dawno, dawno temu, poznańskiemu cukiernikowi przyśnił się Św. Marcin, wjeżdżający do miasta na białym koniu. Kiedy koń potknął się na śliskim śniegu, zgubił złotą podkowę. Cukiernik zafascynowany życiem świętego i tak jak on, zatroskany losem ubogich uznał to za znak. Nazajutrz upiekł słodkie ciasto, w kształcie podkowy, wypełnione białym makiem, orzechami i bakaliami i rozdał je biednym. Na pamiątkę tego wydarzenia poznańscy cukiernicy co roku, w dzień imienin Św. Marcina wypiekają słodkie rogale. Kiedy tego dnia spadnie śnieg, Poznaniacy powtarzają, że Św. Marcin przyjechał na białym koniu...

W tym roku 11 listopada prawdopodobnie nie będzie biało w Poznaniu ani w innych rejonach kraju. Nie było też śniegu kilka tygodni temu, kiedy zostałam zaproszona na warsztaty kręcenia rogali marcińskich przez Biuro Promocji miasta Poznań. Wspaniała i pewnie niepowtarzalna okazja, z której grzech byłoby nie skorzystać i to z kilku powodów. Poznań nigdy nie leżał na moich najbardziej wydeptanych życiowych ścieżkach i na palcach jednej ręki mogłabym policzyć ile razy tam gościłam - najczęściej przejazdem lub w sytuacjach wyjątkowych (takich jak koncert ukochanego Petera Gabriela na przykład :)) Dlatego perspektywa odwiedzin stolicy Wielkopolski, dodatkowo przy tak słodkiej okazji była podwójnie kusząca. Bo najważniejsze, bez dwóch zdań były rogale! Te legendarne, pożądane, szczególnie tego jednego dnia w roku (chociaż już od dawna można je kupić w Poznaniu przez okrągły rok) wypieki, o tajemniczej i strzeżonej, jak warowna forteca recepturze. Wiedziałam dobrze, że dokładny przepis tajemnicą pozostanie, ale jeżeli mogłam odkryć chociaż mały jej rąbek - warto było!

rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty

Tym, który zgodził się uchylić tego rąbka był poznański cukiernik - pan Piotr Koperski, który od 1984 roku, teraz już wraz z synem, osładza życie mieszkańcom Wielkopolski i co najważniejsze - jest jednym z elitarnego grona posiadaczy certyfikatu Kapituły Poznańskiego Tradycyjnego Rogala Świętomarcińskiego, który uprawnia do używania nazwy "rogal marciński" lub "rogal świętomarciński" w odniesieniu do tego tradycyjnego wypieku. Warsztaty dotyczyły kręcenia rogali, więc ciasto było już przygotowane i mogłam podejrzeć tylko ostatnią fazę przygotowań - przekładanie ciasta górą masła, składnie i wałkowanie, w celu uzyskania charakterystycznych dla ciasta półfrancuskiego listków.

rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty
rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty

Integralną częścią rogala marcińskiego jest nadzienie i najwięcej uwagi poświęcono właśnie jemu. Jak na certyfikowany produkt przystało, wszystkie składniki dobierane są z wyjątkową starannością i dbałością o jakość. Próbki białego maku zamawiane są od różnych producentów i spośród nich, komisyjnie wybierany jest ten najlepszy, najbardziej naturalny, świeży i bez zbędnych polepszaczy smaku i dodatków. Tylko taki mak ma prawo znaleźć się w marcińskim rogalu, razem ze zmielonymi rodzynkami, skórką pomarańczową, orzechami, biszkoptami i aromatem migdałowym. Kiedy ciasto jest gotowe, ręcznie wałkuje się je ponownie tak, aby powstał kształt prostokąta, który następnie kroi się w trójkąty, jak w przypadku każdego rodzaju rogali.

rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty
rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty

Jednak panowie Koperscy mają swój oryginalny patent, który podobno budzi duże zainteresowanie, szczególnie podczas zagranicznych konkursów cukierniczych - aby sprawnie i równo pokroić ciasto, cukiernicy używają specjalnej szabli. W końcu nie od dziś wiadomo, że Polak i szabelka, to nierozłączna para ;) Potem wystarczy już tylko hojną ręką nałożyć nadzienie o konsystencji gęstej pasty i zwinąć rogala tak, aby taka sama ilość maku z bakaliami znalazła się na środku i po bokach ciastka. Teraz z uśmiechem oglądam na zdjęciach moje niewielkie, równiutkie i grzeczne rogale sprzed roku i myślę sobie, że certyfikatu bym na nie nie dostała :)) Prawdziwy rogal marciński ma prawo być niepokorny, nierówny i pokazywać to, co ma najlepszego w środku.

rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty
rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty
rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty
rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty

Waga prawdziwego rogala marcińskiego wynosi około 250 gr, więc w Poznaniu jada się konkretnie (milczeniem pominę jednak, ile taki jeden rogal mieści w sobie kalorii, bo w dni świąteczne kalorii przecież nie liczymy ;)). Nadziane i uformowane rogale odpoczywają sobie przez czas jakiś w cieple, a kiedy napuszą się dumnie, trafiają do gorącego pieca, aby nabrać ostatecznego koloru i kształtu. Upieczone, rumiane i ciepłe jeszcze smarowane są następnie cukrową pomadą, która w przeciwieństwie do zwykłego lukru, długo pozostaje lśniąca i nie kruszy się (tajemnicą jest dodatek syropu kukurydzianego). Na końcu pozostaje posypać każde ciastko posiekanymi orzeszkami i rogale marcińskie są gotowe.

Nigdy wcześniej nie próbowałam tego prawdziwego rogala, prosto z Poznania i muszę przyznać, że smakuje, w dodatku prosto z pieca, wyśmienicie. Warto wybrać się do Poznania w okolicach 11 listopada, aby zasmakować tej wspaniałej tradycji. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś i mnie to się uda, bo z miłą chęcią zapuściłabym się raz jeszcze wgłąb urokliwych, wąskich uliczek starego miasta, i tętniących życiem ulic nowej części miasta, podgryzając marcińskiego rogala oczywiście :)

rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty
rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty