Czy to nie złośliwość losu, że książkowa jesień wraz z wraz całym dobrodziejstwem inwentarza w postaci chłodu, szarości i deszczu, pojawia się jak w zegarku 23 września, kiedy na prawdziwą wiosnę trzeba zwykle czekać jeszcze kilka tygodni po tym, jak obwieści ją kartka w kalendarzu? Taka myśl przyszła mi do głowy dzisiaj rano, kiedy po przebudzeniu spojrzałam przez okno. Nie powinnam narzekać, bo i jesień potrafi być piękna i radosna z jej złotymi kolorami, babim latem i ogrodowymi plonami, a poza tym to przecież pora roku moich urodzin :) chociaż nic nie poradzę na to, że bliższe jest mi od zawsze upalne powietrze letnich, słonecznych dni.
Pierwszym zwiastunem nadchodzącej jesieni jest fakt, że coraz częściej i chętniej sięgam po korzenne przyprawy. Od zawsze byłam wielką wielbicielką cynamonu, później rozsmakowałam się w imbirze, kardamonie i goździkach, po drodze doceniając smak i aromat gałki muszkatołowej. Kiedy pojedyncze korzenie lub ich mieszanki trafiają częściej i w odważniejszych ilościach niż zazwyczaj do mięs, sosów, sałatek i ciast, to znak, że z latem pożegnałam się już na dobre.
W ostatni weekend wybrałam się na trwające w Elblągu, trzydniowe Święto Chleba. Nie znam przyjemniejszych jarmarków, od tych, na których z (prawie) każdego stoiska uśmiechają się do mnie rumiane bochny, chrupiące bagietki, puchate drożdżówki i sznury precli i obwarzanków. Imponująca liczba regionalnych i zamiejscowych wystawców z dumą zaprezentowała swoje wypieki, więc o prawdziwy zawrót głowy przyprawiał wybór oferowanych rodzajów chleba. Przechadzałam się pomiędzy stoiskami, dziękując losowi, że nie mam problemów z nietolerancją glutenu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)