Pokazywanie postów oznaczonych etykietą napoje i drinki. Pokaż wszystkie posty

Kawa po turecku

kawa po turecku parzona w tygielku z cukrem i przyprawami

Dzisiaj zapraszam wszystkich na kawę - kawę po turecku :) W końcu przetestowałam ten rodzaj parzenia kawy, a to za sprawą tygielka, który kupiłam dawno temu od Turka. Tygielek do tej pory głównie leżał zapomniany gdzieś na dnie szafki, czasem występując gościnnie jako drugoplanowy bohater sesji zdjęciowych. Znalazłam go ostatnio robiąc porządki w szafce i szkoda mi się go zrobiło, bo taki ładny tygielek zasługuje na uwagę i szansę robienia tego, do czego został stworzony - parzenia kawy :) Kiedyś kawą po turecku określano znaną wszystkim kawę-plujkę, zalewaną wrzątkiem w szklance, obowiązkowo z dużą ilością fusów. Parzenie prawdziwej kawy do turecku to mały rytuał. To co, wpadniecie? :)

Herbata cejlońska

herbata cejlońska z herbacianych plantacji na Sri Lance

Pierwsze skojarzenie, jakie większość z nas ma na hasło Cejlon to herbata. I bardzo słusznie! Grzechem, a na pewno wielką stratą, byłoby podróżowanie na Sri Lankę i nie zobaczenie tamtejszych słynnych plantacji herbaty. A tarasowe, soczysto zielone pola herbaciane, to według mnie jeden z najpiękniejszych widoków na świecie.

Koktajl dyniowy

koktajl dyniowy z bananem, imbirem, mlekiem i miodem

Jesienni maniacy dyniowi nie zadowalają się tylko podjadaniem dań z dyni. Dyniowi maniacy dynię również piją. Na deser popijają dyniową latte lub ciemną kawę z syropem dyniowym (koniecznie w towarzystwie dyniowego ciasteczka ;)). A na śniadanie lub drugie śniadanie, piją pożywny koktajl z dyni, czasem modnie nazywając go dyniowym smoothie.

Syrop z owoców czarnego bzu na zdrowie

domowy syrop z owoców czarnego bzu na zdrowie i odporność

Jesień stoi za progiem - teraz to już niezaprzeczalny fakt. Razem z nią czają się już jesiennie katary, przeziębienia, pierwsze grypy, anginy, zapalenia gardła i inne mało przyjemne sprawy. Każdego roku wytaczam im wojnę, bo antybiotykom i zasmarkanym nosom mówię zdecydowane NIE! Wierzę w naturę, szczególnie w jej dwa dary - syrop z młodych pędów sosny i czarny bez. O ten pierwszy trzeba postarać się wiosną (o czym zawsze przypominam), a na czarny bez, a dokładnie jego owoce (super owoce!), najlepszy czas jest właśnie teraz. Wszystkie przetwory z czarnego bzu są zdrowe, więc gorąco polecam i smaczną konfiturę, marmoladę czy galaretkę, ale syrop, bohater dzisiejszego wpisu, jest syropem do zadań specjalnych - syropem na odporność, na zdrowie.

Kawa po wietnamsku

kawa-wietnamska

Jakiś czas temu dostałam od przyjaciół paczkę wietnamskiej kawy Trung Nguyen. Nie byłam nigdy w Wietnamie, ale kawa z tamtego regionu świata kojarzy mi się z podawanym w małych szklaneczkach (podobnie jak europejskie espresso) bardzo mocnym, aromatycznym naparem z dodatkiem słodkiego mleka skondensowanego. Kawa po wietnamsku wygląda podobnie, ale do jej przygotowania używa się specjalnego zaparzacza Phin. Skoro miałam już wietnamską kawę, nie mogłam odmówić sobie przyjemności przygotowania jej w taki sam sposób, jak robią to w Azji :)

Korzenna gorąca czekolada

kremowa korzenna czekolada do picia na gorąco

Na wszystkie złe, smutne, przygnębiające wiadomości z kraju i ze świata i wydarzenia, na które nie mamy wpływu jest tylko jedna, słuszna rada - duży kubek gorącej, aksamitnej czekolady! Ten mijający właśnie tydzień szczególnie obfitował w gorzkie wieści, więc weekendową porcję słodkiego pocieszacza, którą zamierzam Wam zaserwować, przyjmijcie bez wyrzutów sumienia, bo dzisiaj nie składają się na nią kalorie, ale endorfiny :)

Lemoniada fiołkowa

lemoniada-fiołkowa

Musi być coś magicznego w tych filigranowych, słodko pachnących kwiatkach, skoro potrafią zmieniać kolor, jak za sprawą magicznej różdżki bywalców Hogwartu. Bo jak wytłumaczyć zjawiskową przemianę zielonkawego w kolorze wywaru z kwiatów na piękny landrynkowo-różowy? It's a kind of magic! jak śpiewał nieodżałowany Freddie.

Dyniowa latte

dyniowa korzenna kawa latte

Popijam kremowe, dyniowe latte i segreguję przepisy z dynią w roli głównej, zbierane skrzętnie przez cały rok. Dynia + kokos, to będzie przewodni temat moich dyniowych inspiracji w tym sezonie. Mam nadzieję, że jesteście gotowi na dyniowe gotowanie i pieczenie! :)

Syrop z pędów sosny

naturalny syrop z młodych pędów sosny

Obiecałam pokazać gotowy syrop z pędów sosny i oto jest :)
Deszczowe weekendy późną wiosną i latem przydają się jednak, pod warunkiem, że nie są stałym punktem letniego kalendarza. Ostatni taki weekend spędziłam pracowicie przerabiając wiosenne syropy i przy tym nie żałując słonecznej i ciepłej pogody na zewnątrz. Po przecedzeniu syropu z kwiatów bzu czarnego powstał słuszny zapas w liczbie kilkunastu buteleczek. Ometkowane spoczęły już w piwnicznej spiżarce.

Koktajl truskawkowo-kawowy

orzeźwiający koktajl truskawkowo-kawowy

Na taki czerwiec czekałam - gorący, słoneczny, czasem burzowy, kiedy trzeba rozładować niepotrzebne napięcia. Pierwsze wypady nad wodę, pierwsze całonocne biesiadowania przy ognisku i grillu i ciepłe wieczory na porastającym ziołami, pomidorami w donicach i pelargoniami balkonie, ze szklanką truskawkowego koktajlu na kolację. Koktajlem truskawkowym na kefirze nie sposób się znudzić, ale lubię urozmaicić jego smak, dorzucając garść kamczackich jagód, listki bazylii, melisy lub mięty, a to znów dodając trochę kwiatów bzu czarnego.

Sarnina w dzikim sosie / Staropolski napój cytrynowo-miętowy

sarnina w dzikim sosie porzeczkowo-winnym

...Stało cztery przeogromnych dzików, to jest ile części roku; każdy dzik miał w sobie wieprzowinę, alias szynki, kiełbasy, prosiątka. Kuchmistrz najcudowniejszą pokazał sztukę w upieczeniu całkowitym tych odyńców. Stało tandem dwanaście jeleni, także całkowicie upieczonych, ze złocistymi rogami, ale do admirowania, nadziane były rozmaitą zwierzyną, alias zającami, cietrzewiami, dropami, pardwami. Te jelenie wyrażały dwanaście miesięcy. (...)

Po myśliwskim kapuśniaku na pierwsze danie i fragmencie opisu śniadania wielkanocnego u księcia Sapiehy w zamierzchłym XVII wieku, zostaję w myśliwskich klimatach :) Bazując na historycznych przekazach i wielu podobnych opisów dworskich uczt i przyjęć, nie ma wątpliwości, że dziczyzna odgrywała w kuchni staropolskiej ogromną rolę. Postanowiłam więc przy okazji festiwalu kuchni polskiej, po raz drugi zmierzyć się z sarniną, której tym razem towarzyszy fantastyczny, choć całkiem dziki, jak na dziczyznę przystało sos ;) Jeżeli nie będziecie mieli okazji poeksperymentować z sarniną, spróbujcie skomponować ten sos z innym czerwonym mięsem (np. wołowiną), bo naprawdę warto - gęsty, winno-porzeczkowy z aromatem jałowca, cudownie podkreśla delikatność mięsa. Do tego dania polecam staropolski napój miętowo-cytrynowy, który jesienią i zimą można przygotować z mięty suszonej. To moje kolejne propozycje do akcji Gotujemy po polsku! pod patronatem serwisu zPierwszegoTłoczenia.pl. A jutro zapraszam na deser :)

sarnina w dzikim sosie porzeczkowo-winnym

Udziec sarni w dzikim sosie:
wg Ziołowe Królestwo

1 wymrożony udziec z sarny,
1 litr maślanki,
10 dkg świeżej słoniny (schłodzonej w zamrażarce),
1 marchew,
1 korzeń pietruszki,
1 cebula,
1/3 korzenia selera,
1 szklanka bulionu,
sól, pieprz

sos -
2 łyżki naturalnej galaretki z czerwonej porzeczki,
2 łyżki soku wiśniowego,
1 cytryna,
1 łyżka karmelu,
1/2 szklanki czerwonego, wytrawnego wina,
5 goździków,
5 ziaren jałowca,
1 płaska łyżka mąki

Dzień wcześniej, rozmrożone mięso przełożyć do głębokiego naczynia i zalać maślanką. Zostawić w lodówce na dobę.

Wyjąć udziec sarni z maślanki, obmyć i natrzeć delikatnie solą i pieprzem. Schłodzoną słoninę pokroić na plasterki i gęsto naszpikować nimi mięso (nacinając mięso końcówką noża i pomagając sobie wykałaczką).

Marchew, pietruszkę i seler zetrzeć na tarce o średnich oczkach. Cebulę posiekać. Mięso razem z cebulą przełożyć do głębokiej, rozgrzanej patelni z odrobiną tłuszczu. Obsmażyć z każdej strony, po czym dodać resztę warzyw. Wlać pół szklanki gorącego bulionu, przykryć patelnię i dusić całość na średnim ogniu, podlewając co pewien czas wytworzonym sosem i kiedy trzeba - pozostałą częścią bulionu, aż mięso będzie miękkie. Mięso wyjąć na półmisek i trzymać w ciepłym miejscu.

Pozostały na patelni sos oprószyć mąką i zasmażyć. Gdy zgęstnieje, dodać galaretkę porzeczkową, sok wiśniowy, sok wyciśnięty z cytryny, wino, karmel (aby go uzyskać rozgrzewamy łyżkę cukru w rondelku lub małej patelni i karmelizujemy. Kiedy stanie się bursztynowy, staramy się nie poparzyć i powoli wlewamy do sosu :)), goździki i lekko zmiażdżone w moździerzu ziarna jałowca. Zagotować i trzymać na niewielkim ogniu, aż sos zredukuje się i nabierze odpowiedniej konsystencji. Na końcu sos przetrzeć przez sito i doprawić do smaku solą i pieprzem.

Sarninę pokroić na plastry i polać gorącym sosem.


Staropolski napój cytrynowo-miętowy:

1 litr wody stołowej lub oligoceńskiej,
2 łyżki suszonych liści mięty,
2 cytryny,
2 łyżki cukru,
2 łyżki miodu

Miętę, cukier oraz skórkę otartą z jednej cytryny zalać litrem wrzącej wody. Przykryć i trzymać w cieple około 15 minut. Napar przecedzić przez gęste sito, wyłożone gazą. Dodać miód i sok z cytryn. Schłodzić.

sarnina w dzikim sosie porzeczkowo-winnym

sarnina w dzikim sosie porzeczkowo-winnym

Czekolada na łyżeczce


czekolada na łyżeczce do rozpuszczania w mleku

W tym roku ominęła mnie jedna z ulubionych akcji blogowych, czyli Czekoladowy Weekend Bei. Żałuję bardzo, ale jak mówi klasyk M.Jagger - you can't always get what you want i kiedy większość z Was delektowała się czekoladowym smakiem na setki sposobów, ja wraz z paroma innymi blogerkami, zgłębiałam tajniki przyrządzania ryb, o czym więcej następnym razem :)
Dzisiaj, ku czekoladowemu pokrzepieniu się mimo wszystko, dzielę się z Wami nowym odkryciem :)

czekolada na łyżeczce do rozpuszczania w mleku

Zima w tym roku trzyma nas twardo swoim mroźnym uściskiem i straszy srogim obliczem i kubek gorącej, mlecznej czekolady ratuje często nasze przemrożone do szpiku kości ciała i dusze. Tym bardziej ucieszyło mnie pojawienie się nowej super czekoladowej marki, dostępnej w Polsce.
Chocolate Company to firma holenderska, specjalizująca się w ręcznie wykonywanych wyrobach na bazie słynnej czekolady Valrhona. Właśnie otworzyła swój pierwszy sklep firmowy w Warszawie, połączony z małą kawiarenką, gdzie można na miejscu wypróbować produkty z jego oferty, a przede wszystkim napić się wybornej, gorącej czekolady. Czekolada do picia na patyku nie jest nowością, ale to Chocolate Company wpadła na pomysł, by patyk przekształcić w zgrabną i praktyczną, drewnianą łyżeczkę, zatopioną w dużej kostce czekolady, tworząc z niej swój flagowy produkt - Hotchocspoon. Nie tyle sama idea czekolady na łyżeczce powaliła mnie na kolana, co szalony wybór smaków i rodzajów tejże kostki. Stając przed sklepową półką od sufitu do podłogi wypełnionej Hotchocspoon'ami ;) najpierw kręci się w głowie, a później wydaje się, że wybranie kilku kostek, spośród ponad pięćdziesięciu najróżniejszych kombinacji jest misją niemożliwą. Czekolady białe, mleczne, ciemne, łączone, z dodatkiem orzechów, pralinek, cukrowych perełek, suszonych owoców, kawy, ziół, korzennych i nie tylko przypraw, a nawet małych fiolek z alkoholami (dla wielbicieli czekolady z prądem ;)) zadowolą chyba każdego czekoholika. Ja miałam przyjemność wypróbowania wyrafinowanego smaku ciemnej czekolady z dodatkiem pomarańczy i chili, delikatnej, trójkolorowej latte macchiatto, słodkiej nugatowej praliny i klasycznego połączenia czekolady ciemnej z białą. Gwarancją niebiańskiego smaku jest kubek gorącego, pełnotłustego mleka, a dołączony przepis jest prosty:

Usiądź wygodnie. Rozpakuj czekoladę i zanurz ją w gorącym mleku. Powoli mieszaj. Rozpływającą się czekoladę można co jakiś czas oblizywać lub poczekać do całkowitego rozpuszczenia i wtedy wypić gorący napój...

czekolada na łyżeczce do rozpuszczania w mleku


Chocolate Company
Wołoska 12 (Galeria Mokotów)
Warszawa

www.chocolatecompany.pl


Herbata zimowa

herbata zimowa domowa mieszanka herbaciana

Zima ma swoje uroki - piękna, biała, nastrojowa, trochę bajkowa. Ale są też jej mniej przyjemne strony, kiedy smagani mroźnym wiatrem, brnąc przez śliskie, zaśnieżone chodniki, marzymy tylko o ciepłym kocyku i ogromnym kubku gorącej, aromatycznej herbaty. Przynajmniej w moim przypadku, bo herbata to mój napój numer jeden, nie tylko zimą i jesienią, ale właśnie zimą i jesienią zamieniam lekkie herbaty owocowe na mocne, korzenne, miodowe i to pite w ilościach hurtowych :)

Gofry z kwiatami i syropem z czarnego bzu


wiosenne gorfy z kwiatami i syropem z czarnego bzu

Sezon truskawkowy powoli się kończy a wraz z nim powoli przekwita czarny bez. Ostatnia szansa na wonne, białe kwiatki (to jedna z tych osobliwości świata, kiedy to czarne jest białe, a białe jest czarne ;)), obsypane żółtym pyłkiem. Zdążyłam zrobić syrop (w tym roku z dodatkiem świeżego imbiru), a ostatnie upolowane baldachy usmażyłam w gofrach :) Zainspirowały mnie do tego po części szaleństwa kwiatowe Margot :) ale przede wszystkich szaleństwa festiwalowe na Open'erze dwa tygodnie temu :) Bo trzeba wiedzieć, że podstawą diety festiwalowicza są gofry :) Stoiska z goframi usytuowane co dwieście metrów, na przemian ze stoiskami z kiełbaskami i wszelką smażonką z grilla, tylko nielicznych pozostawiały obojętnymi, o czym świadczyły długie i nieustanne kolejki amatorów na gofry z pudrem, dżemem, bitą śmietaną i rozlicznymi sosami z plastikowych butli. Jak wiadomo, dobry gofer (czy gofr??) nie jest zły :) do tego poręczny i łatwy w obsłudze (chyba że nadmiar bitej śmietany lub dżemu rzuci się nam na twarz ;)), sycący i dostarczający węglowodanów, potrzebnych do udźwignięcia koncertowych przeżyć. Jadąc festiwalowym autobusem z dworca w Gdyni na lotnisko Babie Doły, codziennie mijałam pola otoczone krzakami czarnego bzu i akacji, obsypanymi dorodnymi, kwitnącymi baldachami i za każdym razem myślałam, jaka to szkoda, że właściciele gofrowych stoisk nie dorzucają trochę tego dobra do ciasta w celu urozmaicenia oferty :) I że na pewno usmażę sobie takie kwiatowe gofry, kiedy wrócę do domu :) Gofry z kwiatami, w połączeniu z jagodami i syropem z bzu są przepyszne. Moje, z ciasta maślankowego, są bardzo delikatne, więc jeżeli lubicie bardzo sztywne i chrupiące gofry, wykorzystajcie inny przepis. Ale kwiatków bzu dorzućcie do niego koniecznie :)

wiosenne gorfy z kwiatami i syropem z czarnego bzu


Gofry z kwiatami bzu:

125 g miękkiego masła,
65 g cukru,
szczypta soli,
2 jajka,
250 g mąki,
pół łyżeczki proszku do pieczenia,
250 ml maślanki,
4 łyżeczki płynnego miodu,
skórka otarta z jednej cytryny,
2-3 baldachy rozkwitniętych kwiatów bzu czarnego

Masło utrzeć mikserem na puszystą masę. Dodać cukier, sól i dalej miksować. Dodawać po jednym jajku, za każdym razem miksując na najwyższych obrotach około minutę.

Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i dodawać do ciasta, na przemian z maślanką. Na koniec dodać miód i skórkę cytrynową.

Z baldachów bzu oddzielić same kwiaty, zostawiając jak najmniej zielonych gałązek (najlepiej zrobić to nożyczkami). Dodać do ciasta i delikatnie wymieszać. Smażyć w gofrownicy do zarumienienia. Studzić na kratce.

[wydrukuj przepis]


syrop z kwiatów bzu czarnego z imbirem


Syrop z kwiatów czarnego bzu z imbirem:


około 40 rozkwitniętych baldachów czarnego bzu,
1 litr wody,
1 kg cukru,
sok z jednej cytryny,
ok. 5 cm kawałek świeżego imbiru

Baldachy bzu oczyścić i oddzielić same kwiaty (jw najlepiej nożyczkami :))
Wodę z cukrem sokiem z cytryny zagotować na syrop i gorącym zalać kwiaty bzu. Imbir obrać i pokroić w plasterki, dodać do syropu. Naczynie przykryć i odstawić w chłodne miejsce na 2-3 dni, kilkakrotnie mieszając wywar w tym czasie.
Gotowy wywar przecedzić przez gazę. Rozlać do butelek lub słoików i zapasteryzować.

[wydrukuj przepis]

wiosenne gorfy z kwiatami i syropem z czarnego bzu


Gorrrrąca czekolada z chili


gorąca czekolada z chili do picia

Dzisiaj rano usłyszałam niewesołe wieści. Mroźna, śnieżna i prawdziwie zimowa zima na potrwać aż do końca marca :/ Jeszcze całe dwa miesiące za pan brat z grubymi płaszczami, ciepłymi szalikami, długimi kozakami, rękawiczkami i kremami ochronnymi do buntującej się przeciw arktycznemu powietrzu, tak jak i reszta ciała twarzy. Na domiar złego spadające ciśnienie powoduje, że niczym narkoleptyk chodzę w półśnie i zazdroszczę niedźwiedziom, które w tym czasie przewracają się z boku na bok w swoich wygodnych legowiskach, pogrążone w słusznym i usprawiedliwionym przez naturę zimowym śnie. Brak energii, brak weny twórczej, ech szkoda gadać. Bo zima powinna się kończyć tuż po Nowym Roku :) Niestety, jest jak jest i pozostaje tylko cieszyć się, że istnienie czekolada! :) Czekolada, której tej zimy zjem chyba rekordową ilość, a przynajmniej jestem na dobrej do tego drodze ;) Dzisiaj dostarczyłam sobie podwójnej dawki endorfiny racząc się rozgrzewającą czekoladą do picia z dodatkiem chili. Że sama czekolada poprawia humor wiedziałam już wcześniej, ale okazuje się że kapsaicyna, odpowiadająca za smak i ostrość chili, również sprzyja wytwarzaniu hormonu szczęścia. Taka podwójna dawka szczęścia i może uda się przetrwać do kwietnia, czego i Wam życzę. Aby do wiosny! :)

gorąca czekolada z chili do picia


Gorąca czekolada z chili:

100 g czekolady deserowej z chili lub zwykła deserowa + szczypta przyprawy chili,
350 ml mleka,
250 ml śmietanki kremowej,
1 łyżka cukru, najlepiej brązowego,
1 łyżeczka cukru waniliowego,
szczypta kardamonu,

Mleko wymieszać ze śmietanką i podgrzać. Dodać połamaną na kawałki czekoladę i mieszać aż się rozpuści. Dodać cukier, cukier waniliowy i kardamon. Zagotować i przez chwilę ubijać trzepaczką, aż utworzy się rozkoszna pianka ;) Podawać na gorąco.


Cypr - w gościnie u Bachusa. Historia cypryjskiego wina

Cypr i historia cypryjskiego wina

Cypr, oprócz słońca, ciepłego morza, owoców i wspaniałej śródziemnomorskiej kuchni, może poszczycić się jeszcze jednym bogactwem – winem. Opowiadając o wyspie nie można nie wspomnieć o cypryjskim winie i kulturze winnej, kiedy na każdym kroku spotyka się tam ślady wielowiekowej, bogatej historii trunku. Odkryto, że właśnie na Cyprze znajdowała się jedna z najstarszych na świecie wytwórni wina, datowana na około 3500 rok przed Chrystusem, czyli mająca jakieś 5500 lat! Co więcej, Cypr może pochwalić się najstarszą marką wina, która od 1191 roku, pod tą samą nazwą produkowana jest do dnia dzisiejszego.

Cypr i historia cypryjskiego wina


Cypr i historia cypryjskiego wina

Starożytne, drewniane prasy winne, ogromne, ceramiczne amfory czy gliniane naczynia, używane do fermentacji wina, narzędzia do uprawy winorośli można znaleźć w wielu malowniczych, cypryjskich wioskach, w których w większości przypadków mieszkańcy do dziś kontynuują winne tradycje przodków. Wyspa słynęła z win już w czasach starożytnych i jako jedna z pierwszych rozpoczęła uprawę winorośli. Wymieniana już w Pieśni Salomona i w pismach Pliniusza Starszego, a w połowie XIV w. niemiecki pielgrzym Ludof von Suchen pisał niezbyt pochlebnie „W całym szerokim świecie nie masz większych opojów niźli na Cyprze” :)

Dla mnie najciekawszymi, napotkanymi „winnymi” śladami historii były, pochodzące z czasów greckich i rzymskich kolorowe i fascynujące mozaiki, z ich najpiękniejszymi przykładami w Pafos. Pamiętacie mit od Ikariosie? To jeden ze słynnych Ateńczyków, który miał zaszczyt gościć u siebie samego boga Dionizosa. Gościna musiała być bardzo udana, bo Dionizos w ramach wdzięczności podarował Ikariosowi dzban nieznanego dotąd ludziom napoju i nauczył go jego wytwarzania. W ten sposób Ikarios stał się pierwszym ziemskim winiarzem :) Niestety, nie skończyło się to dla niego najlepiej, bo zachęcony przez rozpustnego boga, poczęstował winem sąsiadujących z nim pasterzy. Ci, upojeni trunkiem i zaskoczeni jego właściwościami, byli pewni, że Ikarios podał im truciznę i w zemście zabili go. Mimo tragicznej historii Ikariosa, Cypryjczycy musieli czuć z nim duchowe pokrewieństwo, bo uwiecznili go na ogromnej mozaice w tzw. Domu Dionizosa w Pafos, razem z wozem zaprzężonym w dwa woły i wypełnionym bańkami z winem. Pierwsi winni opoje też znaleźli tam miejsce, ale chyba raczej jako przestroga przed zgubnymi skutkami nadużywania trunku niż jego pochwała (oboje mają wyraźnie sponiewierane odzienia i wyraźnie niewyraźne miny ;)).

Cypr i historia cypryjskiego wina

Najsłynniejszym cypryjskim winem jest Commandaria (Koummandaria). Słodkie, ciężkie, czerwone wino deserowe, o smaku przypominającym maderę, wytwarzane było już za czasów antycznych. Znane wówczas jako „Nama”, podobno tak bardzo przypominało Markowi Antoniuszowi smak pocałunków Kleopatry, że podarował on swojej słynnej kochance całą wyspę (ach, kiedyś panowie to mieli gest... ;))! Nama została później przemianowana na Commandarię, kiedy Ryszarda Lwie Serce sprzedał wyspę rycerzom Zakonu Templariuszy, którzy założyli swoją główną komandorię w zamku Kolossi w Limassol, na południu Cypru. Przedtem jeszcze wyprawił sobie huczne wesele, poślubiając królową Berengarię, na którym słodkie, cypryjskie wino podobno lało się strumieniami i wtedy upojony nim król ogłosił je "Winem królów i królem win", którym to hasłem do dzisiaj Cypryjczycy chętnie zachwalają swoją narodową dumę :) Jednak dzisiejszą nazwę wina Commandaria zawdzięcza Templariuszom, nie angielskiemu królowi.

Cypr i historia cypryjskiego wina

Commandaria produkowana jest od wieków tą samą metodą. Winogrona do jej produkcji, uprawiane są w południowej części gór Troodos i zbierane pod koniec sezonu, kiedy są już przejrzałe i nawet częściowo wysuszone i pokryte pleśnią, która potęguje ich słodycz. Wino powstaje poprzez fermentację w otwartych kadziach. Kiedy gotowe wino zlewa się do beczek, zostawia się na dnie naczynia trochę osadu, dzięki czemu Commandaria zachowuje swój oryginalny smak od wieków. Cypryjczycy nie tylko z dumą częstują turystów Commandarią, ale też z powodzeniem wykorzystują ją w kuchni. W najbliższym czasie obiecuję przepis z najstarszym winem świata w roli głównej :)

Cypr i historia cypryjskiego wina

Innym rodzimym wyrobem alkoholowym Cypru jest Zivania. Cypryjczycy, w przeciwieństwie do Greków, nie piją dużo ouzo i restiny. Za to mają swoją własną „wodę ognistą”, również mającą korzenie w antycznej tradycji :) W dawnych czasach, większość wiejskich domów posiadało swój własny destylator do produkcji Zivanii. Bo jest to niemalże czysty spirytus gronowy! Dobra Zivania zawiera około 49% alkoholu :) Dzisiaj produkowana legalnie na masową skalę przez wielkie wytwórnie i przeważnie z zawartością alkoholu nieprzekraczającą 45%.

Starym, „domowym” sposobem Zivania do dnia dzisiejszego produkowana jest w klasztorze Kykkos w górach Troodos. Tam znaleźć można unikatową, czerwoną odmianę spirytusu gronowego, który kolor zawdzięcza dodatkowi cynamonu i innych przypraw. Mnisi produkują też Zivanię z dodatkiem ziół i podobno jeszcze do niedawna na dzień dobry częstowali nią strudzonych pielgrzymów i turystów (niestety ja już się nie załapałam ;)) :)

Zivania to nie tylko biesiadny trunek dla „zaprawionych w boju” ;) Cypryjczycy traktują ją również jako środek leczniczy. Podobno, stosowana doustnie w małej ilości, świetnie pomaga na wszelkie sensacje żołądkowe, a stosowana zewnętrznie poprzez wcieranie i masowanie, przynosi ulgę w bólach głowy i przeziębieniach. Jeszcze nie miałam okazji, ale przy najbliższej niedyspozycji na pewno wypróbuję :)

Cypr i historia cypryjskiego wina

Jedną z głównych atrakcji turystycznych na Cyprze jest degustacja win i wyrobów alkoholowych. Commandarią i Zivanią można zostać poczęstowanym nawet w niewielkim sklepiku, specjalizującym się w lokalnych wyrobach (nie tylko alkoholowych). Organizowane są też całe objazdy po regionach i wioskach słynących z produkcji win lub można odwiedzić jedną z dużych wytwórni alkoholi. Ja miałam okazję zwiedzić wytwórnię SODAP i spróbować produkowanych tam wyrobów. Oprócz świetnych win, na Cyprze warto spróbować miejscowej brandy i oryginalnej „brandy sour”, zaprawionej sokiem z cytryny i kroplami angostury oraz bardzo smacznych likierów oraz słynnej na świecie cypryjskiej cherry. Jeżeli jest okazja, najlepiej spróbować wszystkiego i znaleźć swój ulubiony smak. Jest tylko jeden mały minus – po takiej degustacji trudno przestać chichotać (chociaż nie jest to takie uciążliwe, jeżeli chichoczą też wszyscy współtowarzysze) ;))))

Cypr i historia cypryjskiego wina


Sok fiołkowy

sok fiołkowy z kwiatów fiołka

Witam po świątecznej przerwie :) Dziękuję za wszystkie życzenia i mam nadzieję, że tak jak ja, cieszycie się wiosną.

W długie zimowe wieczory, kiedy tęskniąc za wiosną, oglądałam książki kucharskie, m.in. Jedyne Praktyczne Przepisy Lucyny Ćwierczakiewiczowej, obiecałam sobie (i Wam :)), że pierwszym prawdziwie wiosennym przetworem, który zrobię, będzie sok fiołkowy. Trudno wyobrazić sobie sok z kwiatów, nie mówiąc o jego smaku i to właśnie przekonało mnie, że nie spocznę póki nie spróbuję :) Kiedy więc tylko ogród pokrył się pięknym, liliowym, pachnącym dywanem, przystąpiłam do dzieła. Zbieranie fiołków jest żmudne, ale ich sezon przypadł akurat na jedne z pierwszych prawdziwie słonecznych i ciepłych dni i z przyjemnością spędziłam parę godzin w ogrodzie, zajmując się zbiorami kwiecia na sok i ciesząc się wiosną :) Bo wiosna najpierw pachnie fiołkami, a sok fiołkowy pachnie wiosną :) Jest słodki, aromatyczny, o głębokim liliowym kolorze. Smakuje świetnie rozrobiony z wodą mineralną. Przy okazji odkryłam przypadkiem, ze dodanie odrobiny soku z cytryny przywraca wywarowi z kwiatów ich pierwotny liliowy kolor.

Herbatka - plantacje herbaty w Indonezji


herbatka plantacje herbaty w Indonezji


Z rozkoszy tego świata ilości niepomiernej
zostanie nam po latach herbaty szklanka wiernej
i nieraz się w piernatach pomyśli w porze nocnej
ha, trudno, lecz herbata, herbaty szklanka mocnej

Dopóki Ciebie, Ciebie nam pić
Póty jak w niebie, jak w niebie nam żyć
Herbatko, Herbatko, Herbatko...



herbatka plantacje herbaty w Indonezji


Po wakacjach i moich kulinarnych relacjach z Indonezji, obiecałam opowiedzieć jeszcze o wizycie na polach herbacianych. Niestety późnym latem i jesienią wpadłam w wir owocowo-warzywnych przetworów, dań i wypieków, bo żal było przegapić te wszystkie sezonowe skarby z ogrodu i tak moja herbaciana opowieść odsuwała się w czasie. Ale dobrze się stało, bo to przecież właśnie zimą nie ma nic przyjemniejszego niż zaszyć się z ciepłym kocykiem, dobrą książką lub ulubioną płytą i koniecznie z kubkiem gorącej herbaty.

Herbata to mój podstawowy i ulubiony napój w ciągu całego roku. Kawę piję co najwyżej raz dziennie, deserowo lub do słodkiej drożdżówki na drugie śniadanie i to koniecznie z mlekiem (w zasadzie z jego przewagą ;)), soki, wodę, latem colę - tak, ale to herbatki nie odmówię nigdy i nigdzie :) Dlatego moim wielkim marzeniem było zobaczenie na własne oczy zielonych pól herbacianych.

W Indonezji nie trzeba szczególnego szczęścia lub specjalnej, zaplanowanej wyprawy, aby zobaczyć herbaciane wzgórza i tarasy. Sprzyjający klimat sprawia, że herbata rośnie na wszyskich indonezyjskich wyspach i prawie całych ich obszarach. Wystarczy wyjechać taksówką, angkotem (miejskim busikiem) lub pociągiem kawałek za miasto, a na pewno prędzej czy później trafi się na rozciągające się najczęściej długie kilometry herbaciane pola. Najpiękniejsze, tarasowe plantacje herbaty znajdują się na Bali i bardzo żałuję, że nie miałam czasu obejrzeć ich z bliska. Zwiedziłam za to jedną z plantacji na Jawie, otaczającą miasteczko Ciater, którego drugą atrakcją są gorące źródła. Nad polami herbacianymi niestety nie unosi się słodki herbaciany zapach, tak jak to sobie wyobrażałam wcześniej :) Herbata, kiedy jeszcze znajduje się na krzaczku właściwie nie pachnie wcale. Dopiero wysuszone na słońcu młode, wyselekcjonowane listki wydobywają z siebie woń, którą znamy, kiedy parzymy w czajniczku lub szklance ulubiony bursztynowy napój. Zanim listki trafią do torebek i opakowań, a potem do naszych szklanek i kubków, ich zbiór okupiony jest ciężką i żmudną pracą wielu ludzi. Już samo wdrapanie się na rozciągające się na stromych wzgórzach pola w 40-stopniowym upale było dla mniej katorżniczą próbą. Wędrowanie wśród herbacianych krzaczków również wcale nie było tak przyjemne, jak mogłoby się wydawać, bo ku mojemu zdumieniu delikatne na pozór listki wcale nie były miękkie i delikatne, ale sztywne, ostre i byszczące, a w dodatku rosły na mocnych, ostrych i rozgałęzionych krzakach, które niemiłosiernie drapały i kaleczyły łydki. Pracujący przy zbiorze herbaty ludzie nie bez przyczyny okryci są od stóp do głów, noszą wysokie buty i często nawet rękawiczki, chroniące przed skaleczeniami, co z drugiej strony na pewno nie ułatwia im wielogodzinnej pracy w tropikalnym upale.

herbatka plantacje herbaty w Indonezji


W Indonezji pije się dużo herbaty różnego rodzaju. Od czarnej i zielonej, do herbaty z dodatkami - najczęściej jaśminowej i imbirowej. Powszechnie dostępna jest też bardzo smaczna herbata waniliowa i hibiskus. Wpływy hinduskie sprawiły, ze popularne są tez napoje herbaciane podobne do indyjskiej czaj masala - bardzo słodkie, zawiesiste i korzenne. Przy infekcjach gardła ratuję się teraz indonezyjską herbatką imbirową, a na co dzień popijam herbatę zieloną, którą kupiłam w ilościach hurtowych przy odwiedzonej plantacji w Ciater. Z samej wizyty zapamiętam bardzo sympatycznych ludzi, którzy mimo bariery językowej i naszej niezapowiedzianej wizyty byli niezwykle przyjaźni, chętnie pozowali do zdjęć i pokazali nam część swojej pracy, dla której mam teraz dużo więcej pokory i pamiętam o tym zaparzając kolejny kubek ulubionego, aromatycznego napoju.

 

Lassi bananowo-bazyliowe i naleśniki z karmelizowanymi bananami


lassi bananowo-bazyliowe- hinduski koktajl bananowy

Jeżeli ktoś myśli, że w te wakacje najadłam się bananów do syta na co najmniej parę długich następnych miesięcy, to się grubo myli :) Co prawda tęsknię za tymi prawdziwymi, słonecznymi i fantastycznie smakującymi mini banankami z Indonezji, które nijak miały się do tych dostępnych w naszym kraju-raju, ale to wcale nie znaczy, że miałabym zrezygnować całkiem z moich ulubionych egzotycznych owoców. Miłość do bananów przejawiałam podobno od wczesnego dzieciństwa i nie zraziły mnie nawet traumatyczne przeżycia związane z zatruciem nimi (nie od dziś wiadomo, że co za dużo to nie zdrowo, a kiedy człowiek młody to głupi ;)) Dla niektórych banan to "mydło", papka o mdłym zapachu, a dla mnie cudownie aksamitna, kremowa przyjemność o zapachu tropikalnych lasów. 

Mięta & mojito

mięta i miętowy koktajl mojito

Tak jak bez bazylii, nie wyobrażam sobie też lata bez mięty. Odkąd tylko pojawi się w ogrodzie wczesną wiosną, do późnej jesieni, przynajmniej jedną jej świeżą gałązkę mam zawsze w kuchni. Nie muszę specjalnie zachwalać herbatki ze świeżych liści mięty dla przyjemności samego aromatu, dla orzeźwienia w upalne dni albo kiedy żołądek powie "nie" kolejnemu eksperymentowi kulinarnemu ;) Same miętowe liście dodaję do sałatek, twarożku na słono i na słodko, deserów. I jak każdy chyba kulinarny blogowicz, doceniam też walory estetyczne mięty. Aksamitny, soczyście zielony listek jest w stanie ożywić nawet najbardziej mdłą i "niewyględną" potrawę oraz stać się prawdziwą ozdobą eleganckiego deseru.