Dzisiaj na blogu trochę hipstersko, bo jarmużowo ;) Ale nie dlatego, że nagle zostałam hipsterem, tylko bardziej z tęsknoty za wiosną i zielenią. Zmroziły mnie prognozy nadciągających mrozów, bo wraz z datą 1 marca w kalendarzu, co roku naiwnie spodziewam się pięknej, ciepłej wiosny. I tak bardzo chce mi się czegoś świeżego, młodego i zielonego! Do swojskich nowalijek daleko, a w ogrodzie póki co, zieleni się tylko jarmuż, więc cóż było robić - wykorzystałam jego potencjał i na tej bazie zrobiłam pyszną, świeżą, prawie wiosenną pastę do kanapek.
Udało mi się zdążyć przed samą końcówką karnawału z jeszcze jednym karnawałowym przysmakiem ze słonecznej Italii. Właściwie cannoli przestało być już tylko i wyłącznie ciastkiem karnawałowym, bo przez swoją popularność i wyśmienity smak, można je kupić przez okrągły rok w całych Włoszech (sama próbowałam cannoli po raz pierwszy będąc we Florencji). Tak naprawdę kruche, smażone ciastko nadziewane ricottą pochodzi z Sycylii, gdzie niemal wszystkie święta kojarzone są z lokalnymi słodkościami.
Tak bardzo brakuje mi słońca, że, choćby wirtualnie, ale na dłużej zatrzymam się w Wenecji :) Skoro zaczęłam od karnawałowych, weneckich zaleti, nie mogę nie wspomnieć o weneckich fritole, które są kulinarną wizytówką włoskiego miasta na wodzie. Fritole lub fritelle to małe, drożdżowe pączki z rodzynkami smażone i sprzedawane w Wenecji od czasów dożów. Kiedyś były tak popularne w karnawale, że powstał nawet specjalny fach "fritoler", specjalizujący się w smażonych w smalcu przysmakach sprzedawanych na ulicy, a jego mistrzowie ze swoimi pączkami w różnych, fantazyjnych wariantach, rezerwowali określone rejony miasta, aby nie wchodzić sobie w paradę.
Karnawał to na szczęście nie tylko smażenina. Na szczęście dla wagi i figury szczególnie, bo ja nie mam nic przeciw smażonym słodkościom, którym trudno się oprzeć ;) Ale po olbrzymim faworkowym mrowisku, dzisiaj mam do polecenia coś lżejszego - pieczonego, chociaż też słodkiego i bardzo smacznego. W karnawale lubię zajrzeć, choćby wirtualnie tam, gdzie ma on wyjątkową oprawę - np. do Wenecji. I tam właśnie, wśród karnawałowych balów, przebierańców i przepięknych masek, znalazłam ciekawy przysmak, którym zajadają się Wenecjanie w zapusty. Oprócz smażonych ciastek, obwarzanek i pączków, jada się tam słodkie, kukurydziane bułeczki z rodzynkami, nazywane zaleti.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)