Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

Steamaster - zaczynam dzień pełną parą!

Steamaster - zaczynam dzień pełną parą recenzja prasowacza parowego

W końcu nie samym gotowaniem blogerka kulinarna żyje, szczególnie przed świętami :)
Dzisiaj wpis z zupełnie innej beczki. Tak innej, że jedyna rzecz, która może łączyć go z kulinariami, to cukierkowy kolor sprzętu, który miałam przyjemność przetestować. Bo dziś nie będzie o gotowaniu, ale o prasowaniu :)

Wigilijne gołąbki z kaszą gryczaną i grzybami i "Smak świąt" Agnieszki Maciąg

wigilijne gołąbki z kaszą gryczaną i grzybami

Lubię powoli budować świąteczny nastrój. Już w połowie listopada zaczynam zaglądać do pojemników z bakaliami, przyprawami korzennymi i foremkami do pierniczków, rozglądam się za nowymi dekoracjami do mieszkania, z niecierpliwością czekam na świąteczne wydania moich ulubionych magazynów kobiecych i wyciągam stopniowo z półek książki kulinarne, aby przejrzeć przepisy. Kiedy zaczynam namiętnie wertować "Nigellę świątecznie" jestem już cała - ciałem i duchem w ferworze świątecznych przygotowań. Od tego roku, jeszcze jedną ulubioną, grudniową książką będzie "Smak świąt" Agnieszki Maciąg.

Chrupki z bobu z Piekarni Pięciu Przemian

chrupki z bobu według pięciu przemian

Dieta bezglutenowa i zasada gotowania według pięciu przemian były mi do niedawna prawie całkiem obce. Tak się składa, że nie mam w rodzinie ani wśród bliskich i dalszych znajomych osób zmagających się z nietolerancją glutenu więc nigdy nie miałam potrzeby zgłębiania tematu. Nawet trudno mi było wyobrazić sobie życie bez ukochanego pszennego pieczywa i całej masy słodkich wypieków. To, że różnorodne pieczenie bez mąki pszennej jest możliwe, udowodniła mi książka Anny Czelej "W piekarni Pięciu Przemian".

Czerwony kapuśniak i Warszawskie Historie Kuchenne

kapuśniak z czerwonej kapusty

Pierwsze skojarzenie na hasło "kuchnia naszych dziadków", to dla większości z nas kuchnia staropolska, regionalna, kresowa. Taka też pierwsza myśl przebiegła mi przez głowę, kiedy dowiedziałam się o sympatycznej inicjatywie Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych pod hasłem "Warszawskie Historie Kuchenne", mającej na celu zachęcenie warszawskich seniorów do podzielenia się swoim kulinarnym doświadczeniem i przepisami, którymi na co dzień uszczęśliwiają swoje dzieci i wnuki. Częścią projektu były warsztaty, a później konkurs na najciekawsze receptury uczestników, wyłonione przez jury z Jakubem Kuroniem i Maciejem Nowakiem na czele.

Ugotuj swój biznes!

ugotuj swój biznes - recenzja książki

Podobno największym szczęściem w życiu jest przełożenie swoich pasji i zainteresowań na pracę zawodową - pracę, która jest przyjemnością, nie koniecznością lub przykrym obowiązkiem. Myślicie czasem, żeby swoje kulinarne hobby przekuć w dochodowy biznes? Przyznaję, że myślałam o tym nie raz i chociaż mnie samej wciąż brakuje odwagi i determinacji, to zawsze z wielkim zainteresowaniem czytam historie ludzi, którym to się udało.

Rachel Hofstetter - była redaktorka działu kulinarnego amerykańskiego czasopisma "O, The Oprah Magazine" i "Reader's Digest", poświęciła rok na spotkania, rozmowy i słuchanie fascynujących historii przedsiębiorców, którzy założyli firmy w branży kulinarnej i stworzyli wartościowe i rozpoznawalne dziś w całych Stanach marki, zaczynając od przysłowiowego zera - najczęściej od luźnego pomysłu, swoich własnych preferencji żywieniowych lub konieczności podyktowanej chorobą. Wysłuchała historii miłości pary studentów, którzy podzielali też miłość do zdrowej żywości, by z niej narodziła się marka Love Grown Foods, specjalizująca się najpierw w granoli, a później całej linii organicznych mieszanek płatków śniadaniowych; poznała dwie przyjaciółki, które w trosce o zdrowie i radość swoich dzieci, wymyśliły owocowe żelki, oparte tylko i wyłącznie na naturalnych smakach i aromatach i założyły firmę Tasty, która dziś oprócz żelków dla dzieci i dorosłych, produkuje również organiczne ciastka; spotkała też kobietę, która przez wiele lat życia zmagała się z celiakią, a kiedy poznała diagnozę, postanowiła oswoić chorobę i stworzyć fabrykę, produkującą żywość bezglutenową, zaczynając od krakersów, które do dziś są sztandarowym produktem marki Mary's Gone Crakers.

Z tych i kilku innych, ciekawych historii powstała książka o tym, jak prawdziwa pasja może zmienić się w karierę, jakie zasadzki czyhają na jej drodze i jakich błędów należy unikać, by osiągnąć sukces. A że najlepiej uczyć się na doświadczeniach i błędach innych, polecam lekturę wszystkim, którym w głowie kiełkuje pomysł na własny kulinarny biznes.

Ugotuj swój biznes
Rachel Hofstetter
wyd. Illuminatio


Foto dylematy i Nokia 808 Pure View

Foto dylematy i Nokia 808 Pure View - recenzja telefonu

Gdyby ktoś, parę lat temu powiedział, że będę publikować tu zdjęcia zrobione telefonem, znacząco popukałabym się w głowę i pewnie nawet obraziłabym się, że ten ktoś wątpi w moje ambicje bycia przyzwoitym fotografem-amatorem i blogerem, dla którego estetyczna strona blogu jest tak samo ważna, jak jego zawartość merytoryczna. "Fotki z komórki" nie przystawały do tego obrazu ani trochę. Wiele wody upłynęło od tego czasu... Technologia wykonała skok do przodu o jakieś kilka lat świetlnych, a doświadczenia związane z prowadzeniem Every Cake You Bake (uwierzycie, że to już 6 lat!!?) nauczyły mnie, że wcale nie sprzęt i jego jakość/wartość, ale głowa ma w fotografii największe znaczenie, bo na brak pomysłu i inwencji nie zaradzi nawet najbardziej profesjonalny obiektyw. Mimo tego, kiedy otrzymałam propozycję przetestowania nowego smartfonu Nokii (z naciskiem na wbudowany w niego aparat fotograficzny), w pierwszej chwili zareagowałam dokładnie tak, jak zrobiłabym to kilka lat temu. Chwilę później zdegustowanie zastąpiła ciekawość i mimo odporności na gadżeciarskie mody przyznaję - dałam się zaskoczyć!

Foto dylematy i Nokia 808 Pure View - recenzja telefonu


Foto dylematy i Nokia 808 Pure View - recenzja telefonu

Nie tylko mi, ale chyba i największym filozofom nie śnił się telefon z aparatem fotograficznym wyposażonym w matrycę o rozdzielczości 41 megapikseli  (dwukrotnie większej od matrycy mojej lustrzanki!). Właściwie wciąż nie jestem pewna, czy jest to aparat z funkcją telefonu, czy odwrotnie :) Nokia 808 Pure View zaskakuje równie mocno dobrym i jasnym obiektywem Carl Zeiss, szerokim zakresem ustawień czułości od ISO 50 do ISO 1600, trzykrotnym zoomem bez jakiejkolwiek strat w detalach i możliwością samodzielnego ustawiana całej gamy parametrów, przy wykonywaniu zdjęć w trybie indywidualnym i pełnej rozdzielczości. Dla zainteresowanych - aparat umożliwia kręcenie filmów w jakości Full HD i posiada też wbudowaną ksenonową mini lampę błyskową, którą osobiście używam wyłącznie do jej wyłączania ;)

Foto dylematy i Nokia 808 Pure View - recenzja telefonu
Foto dylematy i Nokia 808 Pure View - recenzja telefonu
Foto dylematy i Nokia 808 Pure View - recenzja telefonu

Do tej pory miałam już okazję przetestowania aparatu Nokii w plenerze, wnętrzach i co najważniejsze - w kuchni :) W każdym przypadku byłam mile zaskoczona jakością zdjęć, pięknym ostrzeniem, sposobem odwzorowywania detali i tym, jak aparat świetnie radził sobie w słabych warunkach oświetleniowych. Nie jest to może wymarzony sprzęt do fotografii kulinarnej (niełatwo kadruje się jedzenie ogniskową obiektywu 28 mm), ale za to bardzo przydatny i fantastyczny pomocnik, gdy pod ręką nie mamy akurat lustrzanki lub jej użycie jest niemożliwe (czasami czuję się trochę jak kulinarny paparazzi ;)) Podejrzewam, że nie odkryłam jeszcze nawet połowy możliwości Nokii 808, więc będę testować dalej, a najciekawsze wyniki przedstawiać tutaj w postaci zdjęć.

Foto dylematy i Nokia 808 Pure View - recenzja telefonu
wszystkie zdjęcia zostały zrobione telefonem Nokia 808 Pure View




Dizajn wzbogaca każde miejsce, czyli IKEA PS 2012 nadchodzi

Dizajn wzbogaca każde miejsce - IKEA PS 2012

Nie pomyliliście się - to wciąż kulinarny blog Every Cake You Bake, mimo że to pierwszy, historyczny wpis nie o jedzeniu ;) W końcu nie samym chlebem człowiek żyje i czasem przychodzi ta piękna pora, kiedy urządza się swoje całkiem własne, wymarzone mieszkanie :) W związku z tym cała energia skierowana jest na poszukiwanie inspiracji, podglądanie, podpatrywanie, porównywanie, a pisma wnętrzarskie nagle piętrzą się w równej proporcji z pismami i książkami kulinarnymi. Stąd też ten wpis i mały romans z IKEA :) Dlaczego? Bo lubię, bo kiedy pustka w głowie i chwilowy brak pomysłu na zagospodarowanie kawałka mieszkania, jak w dym, biegnę do IKEA, bo jestem właśnie w trakcie kreowania swoich własnych wnętrz, bo ponadczasowe, proste, skandynawskie rozwiązania nie raz poratowały przestrzeń, w której akurat mieszkałam i pewnie nie jeden raz jeszcze poratują.

Dizajn wzbogaca każde miejsce - IKEA PS 2012

28 kwietnia we wszystkich sklepach IKEA w Polsce, pojawi się nowa kolekcja z serii IKEA PS (Post Scriptum) pod hasłem "Dizajn wzbogaca każde miejsce" i stąd całe zamieszanie. Kolekcja całkiem nowych mebli, dodatków i akcesoriów wyposażenia wnętrz czerpie inspiracje z ponad 60-letniej historii wzornictwa IKEA, a jej atutem jest to, że została, jak zawsze zaprojektowana z myślą o potrzebach wielu ludzi - jest wielofunkcyjna, zabawna i zaskakująca. Dokładnie tak zaskakująca, jak lampa, którą dostałam w ramach współpracy :)

Dizajn wzbogaca każde miejsce - IKEA PS 2012

Suknia ślubna, krynolina dawnej elegantki czy szyfonowa spódniczka jednej z baletowych tancerek z obrazów Degasa - to pierwsze skojarzenia, jakie przemknęły mi przez głowę, kiedy po raz pierwszy ją zobaczyłam. Biała lampa została zaprojektowana przez szwedzką projektantkę Wiebke Braasch, a jej inspiracją była skromna lampka stołowa z kloszem pokrytym tiulem. Przekształcona w dużą lampę podłogową stała się elegancka, odważna, majestatyczna i jednocześnie delikatna i zwiewna, że z powodzeniem mogłaby być ozdobą jakiegoś zabytkowego salonu. A jak prezentuje się w niewielkich, współczesnych wnętrzach? I tu zwracam się o pomoc do Was. Przygotowałam trzy aranżacje z lampą w roli głównej. Wybierzcie swoją ulubioną i napiszcie w komentarzu, dlaczego właśnie ta.

Dla osoby, która najciekawiej uzasadni swój wybór, mam w prezencie kartę upominkową IKEA o wartości 100 zł.

1."florystyczna"
Dizajn wzbogaca każde miejsce - IKEA PS 2012
 2.sypialniana
Dizajn wzbogaca każde miejsce - IKEA PS 2012
3.salonowa
Dizajn wzbogaca każde miejsce - IKEA PS 2012

Na Wasze opinie i komentarze czekam do następnego piątku - 30 marca. Regulamin konkursu znajdziecie TUTAJ

Zapraszam serdecznie, a ja nie mogę doczekać się, kiedy lampa stanie w moim nowym królestwie :)





Księżycowe ciasto czekoladowe

ciasto czekoladowe na maślance z polewą

Życie jest jak domek z kart ustawiony na huśtawce lub na rozpędzonej górskiej kolejce. Jedyną rzeczą, jaka powinna nas zaskakiwać, jeśli chodzi o życiowe niespodzianki, jest to, że one nas ciągle zaskakują.
Z pamiętnika Beth Cardall


Macie czasem wrażenie, że w chwilach, kiedy życie zaczyna rozsypywać się jak ten przysłowiowy domek z kart, los zsyła Wam kogoś lub coś, co w jednym momencie staje się lekiem na całe zło? Tak też zdarzyło się w życiu Beth, bohaterki powieści amerykańskiego autora Richarda Paula Evansa, pod tytułem "Obiecaj mi". Los zaserwował kobiecie cały pakiet niespodzianek - od dramatu rodzinnego, zawiedzionej miłości, po bajkowy romans, który odmienił jej życie i tajemnicę, która była tego konsekwencją. Książkę pochłania się w jeden wieczór, a poza przyjemną lekturą ma jeszcze jedną sympatyczną niespodziankę - jej autor przygotował dla czytelników spis przepisów na potrawy pojawiające się w opowieści :)

Soczewicowe pulpeciki bhuja, kokosowe barfi i Tygrysie Wzgórza

hinduskie soczewicowe pulpeciki bhuja z fasolką szparagową

Wyobrażacie sobie wakacje bez książki? Bo ja absolutnie nie :) Książka jest takim samym niezbędnikiem wyposażenia wakacyjnego plecaka jak bilet, paszport i szczoteczka do zębów. Wcale nie musi być nowa i bardzo ambitna, bo pociągowy przedział, dworzec i plaża nieszczególnie sprzyjają dogłębnym analizom naukowym. Musi być lekko i przyjemnie, jak na letni wypoczynek przystało i pewnie dlatego pół świata przejechali ze mną beztroscy paisanos z Tortilla Flat Steibecka na zmianę z trzema panami w łódce (nie licząc psa ;)) Jerome'a :) Wstęp do mojego plecaka mają też dzienniki z podróży i opowieści umiejscowione w egzotycznych zakątkach świata. Tegoroczne wakacje na pewno zapadną mi w pamięć za sprawą Tygrysich Wzgórz.

Twoje "ciasto z wody" :) (konkurs)


Pierwszy dzień wiosny przywitał mnie mało optymistycznie (pomijając fakt, że to poniedziałek ;)) pochmurnym, mglistym porankiem, aby później, nieoczekiwanie zmienić się w prawdziwie wiosenne, skąpane w słońcu popołudnie. Często życie pisze podobne scenariusze i kiedy mamy wrażenie, że już na zawsze przesłoniła je czarna chmura nieszczęść i problemów, nagle pojawia się promyk słońca, który budzi nadzieję i przedstawia sytuację, w której się znaleźliśmy w zupełnie innym świetle.

O tym właśnie jest książka Juliette Fay, pt. Weranda pełna słońca. Dotychczasowe poukładane i wypełnione szczęściem życie Janie w jednej chwili rozpada się na drobne kawałki, kiedy w wypadku ginie jej ukochany mąż. Zostaje sama z dwójką małych dzieci i oprócz tego, że odtąd w pojedynkę musi sprostać dużym i małym problemom dnia codziennego, musi nauczyć się również obcowania z otaczającym ją światem, którego właściwie nie znała, dotychczas zamknięta pod kloszem swojego osobistego szczęścia. Nie jest to proste zadanie i często zdarza się jej popełniać gafy i ranić życzliwe jej osoby. Wtedy zawsze wyjściem z trudnej sytuacji staje się "ciasto z wody".

Motyw ciasta przewija się przez całą opowieść. Ciastem (bananowym w ilościach hurtowych ;)) zasypują Janie sąsiedzi, w pierwszych tygodniach po tragedii, z ciastem wpada na wizyty kontrolne natrętna ciotka Jude, a także sympatyczny kuzyn Cormac, który jest właścicielem cukierni. "Ciasto zgody", przekształcone dziecięcym przejęzyczeniem na "ciasto z wody", stało się rodzinnym synonimem przeprosin.

Nie istnieje uniwersalna formuła przeprosin, którą można wygłaszać za każdym razem, gdy kogoś zranimy. Prawdę mówiąc, często okazuje się, że liczą się nie słowa, ale szczerość okazanej skruchy i próba naprawienia winy w sposób indywidualny dla każdego z nas. Dlatego właśnie nie ma jednej recepty na "ciasto w wody". To od nas zależy, jaki wypiek uznamy za stosowny w danej sytuacji. Najważniejsze, by w jego wykonanie włożyć całe swoje serce.

Jeżeli macie ochotę na zabawę w wymyślenie swojego własnego "ciasta z wody" i poznania całej historii Janie, mam do rozdania dwa egzemplarze książki, dla tych, którzy zaproponują najciekawsze przepisy na "ciasto na przeprosiny". Możecie opublikować je na swoich blogach i przysłać link lub wysłać przepis (i zdjęcie, jeżeli macie ochotę) na mój adres e-mail lub zostawić w komentarzu. Na Wasze propozycje czekam do
niedzieli 27 marca, a w poniedziałek ogłoszę wyniki.
Powodzenia :)

Dorsz w maśle pomarańczowym i patelnia z kominkiem


dorsz pieczony w maśle pomarańczowym

Coś mi się wydaje, że oto rozpoczynam moją wielką przygodę z rybami :) Powodów tego stanu rzeczy jest przynajmniej kilka - warsztaty kulinarne, które były pozytywnym impulsem, rozpoczynający się właśnie okres postu, jako świetna okazja do zaproszenia większej ilości dań rybnych do codziennego menu i nowy sprzęt kuchenny, o którym za chwilę. Ale przede wszystkim powoli zaczynam rozsmakowywać się w rybach, rozróżniać ich smaki i rodzaje, testować połączenia z ziołami, przyprawami, warzywami i owocami. Opowiadałam już kiedyś, że bardzo długo żyłam w narzuconym sobie przekonaniu, że ryb nie lubię. Do czasu. Do czasu, kiedy przypadkowo miałam okazję spróbowania dań, które zupełnie odmieniły moje myślenie o rybach. Jednym z nich była, pokazywana już kiedyś ryba w mleku kokosowym, a drugim - ryba w maśle pomarańczowym, którą poznałam w kuchni górskiego pubu w Kumbrii, o którym opowiadałam Wam przy okazji daktylowego puddingu.

Ryby przyjeżdżały kilka razy w tygodniu o świcie, zanim jeszcze słońce pojawiło się nad górskimi szczytami. Poza importem w postaci m.in. ogromnych płatów tuńczyka, łososia, dorodnymi krewetkami królewskimi i malutkimi koktajlowymi, przybywały "lokalne" ryby, często łowione przez miejscowych w krystalicznie czystych górskich jeziorkach (w końcu mieszkaliśmy w centrum Lake District :)) Te nie wymagały szczególnej obróbki - oprószone solą i pieprzem i obłożone masłem pomarańczowym, wędrowały prosto pod rozgrzane grzałki grilla. Smakowało tak, że nawet rybna ignorantka, jaką jeszcze wówczas byłam, musiała przyznać, że dotyka właśnie kulinarnego nieba.

dorsz pieczony w maśle pomarańczowym

Postanowiłam odtworzyć ten smak, jednak bez użycia grilla, ale na patelni.
Rzadko daję namówić się na testowanie sprzętów i produktów. Tym razem trzy magiczne określenia - zdrowe gotowanie na parze, nieprzywierająca powierzchnia i ograniczenie ilości tłuszczu, w przypadku patelni sprawiły, że ciekawość zwyciężyła :) A chodzi o pierwszą w mojej kuchni patelnię z kominkiem ;) Włoska patelnia Dry Cooker firmy Delimano, to rzeczywiście mała rewolucja. Ceramiczna powłoka to koniec z przywierającymi kotletami, ryżem, ziemniakami, nawet jeżeli ilość tłuszczu, na którym smażymy ograniczy się do zera. Ale największym "czary-mary" jest ów dziurawy kominek i szklana, szczelna pokrywka. Dzięki równomiernemu obiegowi powietrza i wytwarzającej się pary patelnia przykryta zamienia się w świetny parowar, a bez pokrywki - smaży jak należy - bez przywierania na złoto i chrupiąco. Podobno można na niej upiec ciasto i robić inne cuda (od razu pomyślałam o "dziurawych" naleśnikach na naleśnikowy torcik ;)) czego na pewno nie omieszkam przetestować. Na razie mój dorsz w maśle z patelni wyszedł fantastycznie i na pewno nie była to ostatnia rybna uczta w tym poście :)

dorsz pieczony w maśle pomarańczowym

Dorsz w maśle pomarańczowym:

dorsz w całości lub świeży filet z dorsza,
sok i skórka otarta z połowy cytryny,
skórka otarta z połowy pomarańczy,
szczypta brązowego cukru,
garść świeżego tymianku,
sól, świeżo zmielony pieprz

masło pomarańczowe -
100 g masła,
skórka, sok i miąższ z połowy pomarańczy

Oczyszczonego dorsza lub filety dorsza skropić z obu stron i od środka sokiem z cytryny. Oprószyć solą, pieprzem, cukrem, tymiankiem i skórką otartą z cytryny i pomarańczy. Przełożyć na talerz lub owinąć folią i zostawić w lodówce na 2-3 godziny.

Miękkie masło wymieszać z sokiem, skórką i miąższem pomarańczy. Można to zrobić wcześniej i masło przechować w lodówce. Można też zrobić trochę więcej masła pomarańczowego albo nie martwić się jak zostanie, bo wspaniale smakuje z drożdżówką lub świeżym chlebem z miodem :)

Zamarynowanego dorsza obłożyć w środku i na wierzchu masłem pomarańczowym. Smażyć, ugotować na parze (w folii) lub upiec pod grillem - w każdym wariancie smakuje niebiańsko :)

dorsz pieczony w maśle pomarańczowym


Czekolada na łyżeczce


czekolada na łyżeczce do rozpuszczania w mleku

W tym roku ominęła mnie jedna z ulubionych akcji blogowych, czyli Czekoladowy Weekend Bei. Żałuję bardzo, ale jak mówi klasyk M.Jagger - you can't always get what you want i kiedy większość z Was delektowała się czekoladowym smakiem na setki sposobów, ja wraz z paroma innymi blogerkami, zgłębiałam tajniki przyrządzania ryb, o czym więcej następnym razem :)
Dzisiaj, ku czekoladowemu pokrzepieniu się mimo wszystko, dzielę się z Wami nowym odkryciem :)

czekolada na łyżeczce do rozpuszczania w mleku

Zima w tym roku trzyma nas twardo swoim mroźnym uściskiem i straszy srogim obliczem i kubek gorącej, mlecznej czekolady ratuje często nasze przemrożone do szpiku kości ciała i dusze. Tym bardziej ucieszyło mnie pojawienie się nowej super czekoladowej marki, dostępnej w Polsce.
Chocolate Company to firma holenderska, specjalizująca się w ręcznie wykonywanych wyrobach na bazie słynnej czekolady Valrhona. Właśnie otworzyła swój pierwszy sklep firmowy w Warszawie, połączony z małą kawiarenką, gdzie można na miejscu wypróbować produkty z jego oferty, a przede wszystkim napić się wybornej, gorącej czekolady. Czekolada do picia na patyku nie jest nowością, ale to Chocolate Company wpadła na pomysł, by patyk przekształcić w zgrabną i praktyczną, drewnianą łyżeczkę, zatopioną w dużej kostce czekolady, tworząc z niej swój flagowy produkt - Hotchocspoon. Nie tyle sama idea czekolady na łyżeczce powaliła mnie na kolana, co szalony wybór smaków i rodzajów tejże kostki. Stając przed sklepową półką od sufitu do podłogi wypełnionej Hotchocspoon'ami ;) najpierw kręci się w głowie, a później wydaje się, że wybranie kilku kostek, spośród ponad pięćdziesięciu najróżniejszych kombinacji jest misją niemożliwą. Czekolady białe, mleczne, ciemne, łączone, z dodatkiem orzechów, pralinek, cukrowych perełek, suszonych owoców, kawy, ziół, korzennych i nie tylko przypraw, a nawet małych fiolek z alkoholami (dla wielbicieli czekolady z prądem ;)) zadowolą chyba każdego czekoholika. Ja miałam przyjemność wypróbowania wyrafinowanego smaku ciemnej czekolady z dodatkiem pomarańczy i chili, delikatnej, trójkolorowej latte macchiatto, słodkiej nugatowej praliny i klasycznego połączenia czekolady ciemnej z białą. Gwarancją niebiańskiego smaku jest kubek gorącego, pełnotłustego mleka, a dołączony przepis jest prosty:

Usiądź wygodnie. Rozpakuj czekoladę i zanurz ją w gorącym mleku. Powoli mieszaj. Rozpływającą się czekoladę można co jakiś czas oblizywać lub poczekać do całkowitego rozpuszczenia i wtedy wypić gorący napój...

czekolada na łyżeczce do rozpuszczania w mleku


Chocolate Company
Wołoska 12 (Galeria Mokotów)
Warszawa

www.chocolatecompany.pl


Le Champignon Sauvage, Cheltenham. Z wizytą u mistrza

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

Marzyliście kiedyś, żeby ze swoich domowych kuchni, chociaż na chwilkę, chociaż przez dziurkę od klucza zajrzeć do kuchni jednej z najlepszych restauracji na świecie i poznać jej tajemnice? Ja marzyłam, a mimo to nawet nie śniło mi się, że marzenie to może kiedyś się spełnić. A jednak! :) Dziełem paru zbiegów okoliczności i przypadków, a przede wszystkim, jak to się zwykle zdarza, z dużą pomocą starych, niezawodnych przyjaciół (Justyna – wielkie dzięki i dozgonne wyrazy wdzięczności! :)) znalazłam się w brytyjskim Cheltenham, gdzie spędziłam parę niezapomnianych, inspirujących chwil w dwugwiazdkowej restauracji Le Champignon Sauvage.

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

Zanim niemożliwe okazało się możliwe i przekroczyłam drzwi restauracji, dostałam dwie autorskie książki szefa Le Champignon Sauvage Davida Everitt-Matthiasa - pierwsza, debiutancka „Essence”, z przepisami dań serwowanych w restauracji, od starterów, przez dania główne po desery i druga, poświęcona tylko i wyłącznie deserom. Od pierwszej chwili zafascynowała mnie nie tylko wyrafinowana fantazja Davida w komponowaniu smaków i oryginalnych połączeń składników, która wyróżnia większość gwiazdkowych szefów kuchni, ale przede wszystkim ogrom i różnorodność używanych przez niego dzikich ziół, owoców, korzeni i kwiatów. W książkach przewijały się kremy z rukwi wodnej, sałatki z szczawiku zajęczego, podagrycznika, krwawnika, liści lubczyku, fiołkowe lody, głogowa panna cotta, krem nagietkowy (wcale nie do smarowania twarzy na noc ;)), kasztanowy sorbet i wiele innych zaskakujących dań, dodatków i deserów, które można wyczarować ze składników dostępnych w lesie i najbliższej łące. Wtedy pomyślałam, że oto znalazłam swojego kuchennego guru :)

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

David Everitt-Matthias wraz z żoną Helen otworzył swoją restaurację w spokojnym, malowniczym Cheltenham w 1987 roku, kiedy po latach nauki i terminowania u najlepszych szefów kuchni w Londynie, postanowił pójść swoją drogą. Zdobyta wcześniej wiedza i nieustanne eksperymentowanie ze składnikami i smakami, pozwoliły mu na wypracowanie własnego stylu, który był na tyle dobry i oryginalny, że przyniósł mu najbardziej zaszczytne i prestiżowe nagrody w świecie szefów i restauratorów. Obok wspomnianych już dwóch gwiazdek w przewodniku Michelin, Le Champignon Sauvage może pochwalić się dwiema gwiazdkami w przewodniku Hardena, czterema rozetkami AA, a sam David – tytułem najlepszego szefa Wielkiej Brytanii 2007 roku i najlepszego cukiernika roku w rankingu Egona Ronaya. Do tego David od lat przyjaźni się z Gordonem Ramsayem, który jest również autorem słowa wstępnego do jego pierwszej książki, a sam Heston Blumenthal, zaszczycił swoim wstępem jego „Desery”.

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

Mając na uwadze to wszystko, możecie sobie wyobrazić, jaka onieśmielona byłam jadąc tam jako skromny, niewykwalifikowany, kucharzący amatorsko bloger :) Na szczęście okazało się, że zupełnie niepotrzebnie :) Już od progu przywitał mnie szeroki uśmiech Davida (który jak wnioskuję z reszty mojego pobytu, chyba ogólnie bardzo rzadko znika z jego twarzy ;)), który zaprosił mnie prosto do swojego królestwa, czyli kuchni, gdzie trwała już poranna sesja przygotowań do popołudniowego serwisu. Kiedy do tego otrzymałam biały kitel, sygnowanych wyszytym na piersi imieniem i nazwiskiem szefa kuchni do przebrania, cały stres zniknął, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki (fajnie poczuć się jak prawdziwy szef! ;)) i po chwili czułam się już jak jeden z członków kuchennego zespołu :) Wszystkie patetyczne wizje, związane z wyglądem i atmosferą „gwiazdkowych” restauracji, które wcześniej przewijały mi się w głowie, zweryfikowałam równie szybko. Bo kuchnia w La Champignon Sauvage jest mała i przytulna, a zespół młodych kucharzy roześmiany, jak ich szef, żartujący i bawiący się swoją pracą z nieukrywaną przyjemnością i radością. Jedyną rzeczą, która może budzić respekt, to piękny, srebrny piec francuskiej marki Molteni, nazywany Rolls Roycem profesjonalnych kuchni.

Sala restauracyjna także w niczym nie przypomina sterylnego, sztywnego i zimnego miejsca, którego większość ludzi omijałaby z daleka. Są za to ciepłe kolory, na ścianach spokojne obrazy malarstwa sztuki nowoczesnej z prywatnej kolekcji gospodarzy i coś co całkowicie podbiło moje serce – nakrycia stołów , których głównym akcentem są piękne talerze, ręcznie malowane... przez samego Davida! :)

Zostałam również oprowadzona po małym przydomowym ogródku na zapleczu restauracji, gdzie w skrzynkach i na rabatkach rosną zioła i rośliny, które prosto stamtąd trafiają do kuchni. Poza tym szef, często wraz z całym swoim zespołem, osobiście organizuje wyprawy do pobliskich lasów po grzyby, jagody, borówki, dziką różę, głóg, jarzębinę i rośliny z długiej listy jadalnych, o której w przynajmniej połowie nie miałam pojęcia (okazuję się, że jakieś 95% trawnika jest jadalna... ;))

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

Nie byłam tylko biernym obserwatorem. Miałam niesamowitą frajdę uczestniczenia w przygotowywaniu potraw, a najwięcej czasu spędziłam na moim wciąż najbardziej ulubionym stanowisku cukierniczo-deserowym :) Robiłam między innymi czekoladowy sorbet, bergamotkową galaretkę, ciasto migdałowo-malinowe, karmelizowane płatki gruszki, panna cottę z tonką, lukrecjowy creme brulee. Podglądałam jak przygotowuje się mięsne terriny i wywary, pieczenie, sosy i warzywne dodatki, a na końcu garniruje dania. Zostałam też poproszona o przygotowanie jakiegoś tradycyjnego polskiego dania z kaszą jaglaną. Padło na staropolskie pierogi z kaszą jaglaną i twarogiem (twaróg kupiłam bez problemu na miejscu w polskim sklepie :)), które udały się na medal (uff! ;)) i smakowały bardzo całemu zespołowi. A David skrupulatnie zanotował przepis :)

Całe menu La Champignon Sauvage inspirowane jest przede wszystkim kuchnią francuską. Jednak przemycane do dań najróżniejsze, dzikie rośliny i owoce nadają mu bardzo indywidualnego stylu. Zaopatrzona w przepisy z książek, postaram się odtworzyć kilka potraw w mojej kuchni i podzielić się nimi tutaj na blogu.

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

Tymczasem jeszcze długo wspominać będę tę niesamowitą przygodę, a David Everitt-Matthias, jego prawdziwa pasja, kunszt kucharski, a przede wszystkim godna podziwu skromność, pozostanie moim wielkim autorytetem. I pamiętajcie – marzenia się spełniają :)

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

THANK YOU David and all Le Champignon Sauvage team!


LE CHAMPIGNON SAUVAGE RESTAURANT,
24-26, SUFFOLK ROAD,
CHELTENHAM, GLOS. GL50 2AQ
UK

http://www.lechampignonsauvage.co.uk/


Powrót do przeszłości - szynkowar i patelnia do orzeszków

powrót do przeszłości - szynkowar

Był kiedyś w Galerii Potraw wspaniały wątek pod tytułem „Zabawne i nostalgiczne przedmioty w naszej kuchni”. Użytkownicy zamieszczali zdjęcia naczyń, sprzętów lub akcesoriów kuchennych, które lata swojej świetności dawno miały za sobą, często nie grzeszyły urodą, o praktycznej ich stronie nie wspominając, ale których za żadne skarby świata nie oddaliby ani tym bardziej nie wyrzucili. Bo w większości przypadków były to prawdziwe rodzinne skarby :) Pamiętam, ile radości i wzruszeń dostarczało oglądanie i czytanie kolejnych wpisów, kiedy okazało się, że większość z nas w dzieciństwie piła z takich samych kubeczków (ewentualnie różniących się zdobiącym je obrazkiem) i jadła z podobnych talerzyków, a pół Polski posługiwało się takimi samymi sztućcami – słynną serią z konwalijkami, której pojedyncze sztuki trzymane są z należytym szacunkiem jako pamiątka z domu rodzinnego w kuchennych szufladach :) Był nawet plan skompletowania całej serii przez szczęśliwych posiadaczy poszczególnych elementów, ale nie wiem czy doszedł do skutku :D

Jak wspomniałam, większość z tych przedmiotów miała wartość raczej sentymentalną niż praktyczną, ale założę się, że większość z Was wśród swoich kuchennych skarbów ma takie wiekowe sprzęty, które służą do dziś. I chociaż od dawna żadne sklepy AGD nie mają ich w swoim asortymencie i chociaż technika biegnie do przodu z prędkością światła (i pewnie niedługo obiad z deserem przygotuje nam nasz telefon komórkowy ;)), to jednak nie wymyślono nic lepszego, co zastąpiłoby te relikty przeszłości.

Jednym z takich sprzętów jest w moich domu czeski garnek do wyrobu szynki (dosłownie ;)), znany też pod nazwą szynkowaru. Nie błyszczy, nie wygląda cool ani trendy, ale w dobie plastikowych wędlin sklepowych, które niezależnie od rodzaju smakują tak samo, niezależnie od rodzaju po dwóch dniach wyglądają i smakują tak, że nawet kot odwraca się od nich z odrazą, garnek jest prawdziwym zbawieniem :) Składa się z pojemnika z grubego aluminium, sprężyny i zakręcanego dekielka. I cała jego filozofia polega na ugotowaniu mięsa ściśle zapakowanego w tymże pojemniku, wstawionym w większy garnek z wodą. Szynka, karkówka, schab, zamarynowane na różne sposoby, rolady a nawet mielonki własnej roboty, soczyste i pachnące tak, jak pachnieć powinny, produkuje nam regularnie garnek z wciąż dołączonym do niego dowodem zakupu (i zestawem czeskich przepisów na marynowaną szynkę :)), z pieczątką z datą 21.IV.1991 :)

powrót do przeszłości - szynkowar

Innym cennym sprzętem, który też swego czasu święcił tryumfy w GP jest patelnia do orzeszków :) Wynalazek tym razem produkcji radzieckiej, kiedyś powszechnie dostępny na lokalnych bazarkach lub na rynku u naszych wschodnich sąsiadów.

powrót do przeszłości - patelnia do orzeszków

Cieszę się, że przetrwała u mnie do dzisiaj, bo po fali świetności, tak w okolicach mojej podstawówki (ach ileż to przyjęć urodzinowych i szkolnych zabaw osłodzonych było „orzeszkami” z kremowym nadzieniem! :)), patelnia przepadła na długie lata, zapomniana gdzieś w mrocznych zakamarkach piwnicy. Na szczęście odnalazła się i na dodatek jej wartość wzrosła niebotycznie, kiedy okazało się, że teraz jest towarem deficytowym ;) Kto miał okazję spróbować kiedyś kruchego orzeszka ze słodką niespodzianką w środku na pewno zgodzi się ze mną, że posiadacze patelni są prawdziwymi szczęściarzami ;)

(przepis na orzeszki znajdziecie tutaj)

powrót do przeszłości - patelnia do orzeszków

Wśród moich sentymentalnych przedmiotów w galeryjnym wątku znalazła się też szczególna łyżka :) Łyżka, która właściwie posiada i sentymentalną i praktyczną wartość zarazem :) Stara, (najprawdopodobniej przedwojenna) stalowa łyżka, została wyklepana na kowadełku na płasko, własnoręcznie przez moją babcię, tuż po wojnie, kiedy o sprzęty kuchenne (jak i wszystkie inne sprzęty domowe) było bardzo ciężko. W ten sposób zwykła łyżka stała się łyżką np. do odwracania placków na patelni :) W dzieciństwie zawsze chichotałyśmy z Dziuunią na jej widok :)))) , ale teraz byłabym bardzo nieszczęśliwa, gdyby przepadła gdzieś bez wieści. A poza tym łyżka do dziś świetnie się sprawdza w swojej roli :)

powrót do przeszłości - łyżka do odwracania placków

powrót do przeszłości - łyżka do odwracania placków


Pewnie nie uwierzycie, bo ja sama w to nie wierzę ;D ale to jest 200 (DWUSETNY!!!) wpis na Every Cake You Bake! Pewnie dlatego zebrało mi się na wspominki ;) Zupełnie nie wiem, kiedy to minęło i w jaki czarodziejski sposób namnożyło się tych wpisów! :) Dziękuję Wam, że jesteście, za wszystkie Wasze komentarze i sugestie. Piszcie śmiało jeżeli coś Wam się tutaj nie podoba, piszcie też jeżeli macie jakieś specjalne życzenia. Mam nadzieję, że nie zabraknie mi zapału i inwencji twórczej na kolejne 200 wpisów :) Pozdrawiam serdecznie. I nie dajcie się grypie!!!

W kuchni (i nie tylko) z IKEA


Dzisiaj wyjątkowo nie będzie przepisu i nowej potrawy, ale wcale nie mam zamiaru uciekać z kuchni :)

Schyłek lata, koniec wakacji, powroty do pracy i szkół i jak co roku – nowy katalog IKEA w skrzynce. W tym roku wyjątkowo otrzymałam specjalną edycję katalogu w formacie XL z prośbą o podzielenie się opinią na jego temat wraz z innymi pięćdziesięcioma blogerami. Robię to z ochotą, bo IKEA jak nikt inny potrafi poratować kulinarnego blogowicza, w przypadku natychmiastowego zapotrzebowania na miseczkę, talerz, kubek czy serwetkę, niezbędnych do zaprezentowania i stylizacji dania :)

Otwieram nową edycję katalogu (format/rozmiar jednak czasem mają znaczenie ;)) i przenoszę się do znajomych mi już dobrze przestronnych, jasnych i naturalnych skandynawskich wnętrz, ciekawa, co nowego proponuje IKEA w nadchodzącym sezonie. Jak zawsze, najprędzej pragnę znaleźć się w kuchni i jadalni – w moich królestwach. Dzięki czytelnemu, kolorystycznemu spisowi treści nie błądzę po innych pomieszczeniach i nie gubię się pośród dekoracji i akcesoriów, tylko od razu trafiam do kuchni, po chwili buszując już wśród talerzy, kubków, sztućców, serwetek i dekoracji stołu. Nowości i miłych dla oka (i obiektywu aparatu ;)) akcentów jak zawsze nie brakuje. Nowe, roślinne motywy, kolory natury naczyń i dekoracji na pewno będą dodatkową motywacją do zdrowego, ekologicznego odżywiania się, a dzięki podpowiedziom i aranżacjom z katalogu, łatwo będzie dobrać komplet elementów pasujących do siebie kolorystycznie i stylowo. Jak zwykle jestem pod wrażeniem systemów szuflad, szafek kuchennych, półek i rozwiązań wykorzystania przestrzeni, które wydają się zbawienne dla kuchennych pasjonatów, próbujących pomieścić niezliczone (ale jak najbardziej potrzebne! ;)) ilości przypraw, naczyń i przyrządów kuchennych na małej zwykle powierzchni. Wiem już też, że wśród moich tegorocznych świątecznych pierniczków będą królowały reniferki, wykrojone nowymi foremkami z IKEA i na pewno nie przejdę obojętnie obok blaszek do pieczenia ciasta w kształcie słynnych szwedzkich koników z Dalarny (absolutnie słodkie! :)).



Wędruję dalej po sypialniach, łazienkach, spiżarniach i kącikach do pracy, odhaczając coraz więcej pozycji do przemyślenia, obejrzenia bądź natychmiastowego zakupu. Nowa pościel w cukierkowych kolorach do sypialni, nowa zwiewna zasłona do pokoju, kwadratowa umywalka, która zachwyciła mnie od pierwszego wejrzenia do łazienki i na pewno komplet nowych ramek na fotografie...

Czy to na pewno tylko przypadek, że największą ochotę na zmiany mam zawsze z nadejściem jesieni? ;)