Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarne pocztówki z podróży. Pokaż wszystkie posty

Tam gdzie pieprz rośnie - ogrody przypraw

cynamon cejloński - ogrody przypraw na Sri Lance

Wyobraź sobie, że w Twoim ogrodzie pomiędzy grządkami warzywnymi, drzewami i krzewami owocowymi rosną wonne przyprawy korzenne... Tak właśnie musiał wyglądać ogród rajski :) To wszystko razem pewnie trudno byłoby połączyć w rzeczywistości, ale prawdziwy ogród przypraw miałam szczęście zobaczyć na Sri Lance.

Herbata cejlońska

herbata cejlońska z herbacianych plantacji na Sri Lance

Pierwsze skojarzenie, jakie większość z nas ma na hasło Cejlon to herbata. I bardzo słusznie! Grzechem, a na pewno wielką stratą, byłoby podróżowanie na Sri Lankę i nie zobaczenie tamtejszych słynnych plantacji herbaty. A tarasowe, soczysto zielone pola herbaciane, to według mnie jeden z najpiękniejszych widoków na świecie.

Jabłko drewniane

jabłko drewniane, feronia słoniowa, egzotyczny owoc Sri Lanki

Myślałam, że po doświadczeniach z durianem, spróbowaniu olbrzymiego jackfruita, pokrytego wężową łuską salaka, włochatego rambutana i wściekle różowej pitai niewiele już może zaskoczyć mnie w temacie owoców egzotycznych. A jednak! Na Sri Lance odkryłam jabłko drewniane :)

Sri Lanka - jedzenie

Sri Lanka - jedzenie, narodowe potrawy, napoje i używki Cejlonu

... czyli to, co bloger kulinarny lubi najbardziej :) Opowieści o samej wyspie i o jedzeniu za nic w świecie nie udało się pomieścić w jednym wpisie - smaczna strona Cejlonu zasługuje na oddzielną uwagę. Nie mam pojęcia jak ją sklasyfikować, bo to, jak cała Sri Lanka, taki misz-masz kulturowy kuchni europejskich kolonizatorów z kuchnią hinduską, ale taką trochę na opak. To po prostu jedyna w swoim rodzaju kuchnia lankijska.

Jesienna tarta z prawdziwkami i grzybobranie

jesienna tarta z prawdziwkami w śmietanie

Nie pamiętam takiego roku. Nie pamiętam tylu prawdziwków zebranych za jednym razem, tylu grzybowych uczt kulinarnych, tylu przetworów z najszlachetniejszych darów jesieni i zamrażalki napakowanej po sufit grzybowymi mrożonkami. Trudno było uwierzyć mi w relacje internautów i znajomych, narzekających, że nie ma grzybów, kiedy przynajmniej raz w tygodniu lądował w mojej kuchni kosz wypełniony po brzegi dorodnymi borowikami.

Nerkowiec - twardy orzech nie do zgryzienia!

nerkowiec orzech nerkowca - twardy orzech nie do zgryzienia

Właściwie nigdy wcześniej nie zastanawiałam się, dlaczego jeden z najsmaczniejszych orzechów - orzech nerkowca jest taki drogi i  dlaczego nigdy nie jest sprzedawany w łupinie. Tajemnicę odkryłam przypadkiem w Tajlandii, trafiając do małej przetwórni tych orzechów, żeby przekonać się przy okazji, że nanercz zachodni, zwany też nerkowcem zachodnim albo orzechem cashew, to jedna z najdziwniejszych roślin jakie do tej pory widziałam.

Cukier kokosowy

cukier kokosowy z kwiatu palmy kokosowej

Kiedy zaczęłam przygotowywać ten wpis, przypomniała mi się montypythonowska kwestia z Żywotu Briana -  "...to co dobrego właściwie dali nam Rzymianie? Prawie nic, oprócz wodociągów, wywózki śmieci, dróg, nawadniania, medycyny, edukacji, wina, łaźni publicznych, porządku, prawa..." :D Dziś będzie o kokosie, a co ma piernik do wiatraka, a raczej Rzymianie do kokosa? Palma jak palma i niepozorny, chociaż ogromny w porównaniu z innymi orzech. To co dobrego właściwie dają nam kokosy? :)

Dawno, dawno temu w kuchni...

Muzeum Budownictwa Ludowego - Park Etnograficzny w Olsztynku

Pytacie, czy żyję? Tak, choć wciąż lekko przykurzona gładzią gipsową, poklejona silikonem i ze znacznie nadszarpniętymi nerwami ;) Zanim człowiek zabierze się za remont i urządzanie mieszkania od przysłowiowej cegły, żyje w błogiej nieświadomości istnienia mało fachowych fachowców, samozwańczych mistrzów dziedzin, o których mają tylko nikłe pojęcie, nieuczciwych sprzedawców i całej masy czyhających niebezpieczeństw i kruczków, które starannie wypracowaną wizję projektu potrafią w jednej chwili posłać w diabły. Jakie to szczęście, że konieczność kolejnego generalnego remontu to perspektywa przynajmniej kilku albo nawet kilkunastu lat (przynajmniej mam taką nadzieję ;)) a ten aktualny dobiega końca...

Kiedy Św. Marcin na białym koniu jedzie... Warsztaty kręcenia rogali marcińskich w Poznaniu

rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty

Dawno, dawno temu, poznańskiemu cukiernikowi przyśnił się Św. Marcin, wjeżdżający do miasta na białym koniu. Kiedy koń potknął się na śliskim śniegu, zgubił złotą podkowę. Cukiernik zafascynowany życiem świętego i tak jak on, zatroskany losem ubogich uznał to za znak. Nazajutrz upiekł słodkie ciasto, w kształcie podkowy, wypełnione białym makiem, orzechami i bakaliami i rozdał je biednym. Na pamiątkę tego wydarzenia poznańscy cukiernicy co roku, w dzień imienin Św. Marcina wypiekają słodkie rogale. Kiedy tego dnia spadnie śnieg, Poznaniacy powtarzają, że Św. Marcin przyjechał na białym koniu...

W tym roku 11 listopada prawdopodobnie nie będzie biało w Poznaniu ani w innych rejonach kraju. Nie było też śniegu kilka tygodni temu, kiedy zostałam zaproszona na warsztaty kręcenia rogali marcińskich przez Biuro Promocji miasta Poznań. Wspaniała i pewnie niepowtarzalna okazja, z której grzech byłoby nie skorzystać i to z kilku powodów. Poznań nigdy nie leżał na moich najbardziej wydeptanych życiowych ścieżkach i na palcach jednej ręki mogłabym policzyć ile razy tam gościłam - najczęściej przejazdem lub w sytuacjach wyjątkowych (takich jak koncert ukochanego Petera Gabriela na przykład :)) Dlatego perspektywa odwiedzin stolicy Wielkopolski, dodatkowo przy tak słodkiej okazji była podwójnie kusząca. Bo najważniejsze, bez dwóch zdań były rogale! Te legendarne, pożądane, szczególnie tego jednego dnia w roku (chociaż już od dawna można je kupić w Poznaniu przez okrągły rok) wypieki, o tajemniczej i strzeżonej, jak warowna forteca recepturze. Wiedziałam dobrze, że dokładny przepis tajemnicą pozostanie, ale jeżeli mogłam odkryć chociaż mały jej rąbek - warto było!

rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty

Tym, który zgodził się uchylić tego rąbka był poznański cukiernik - pan Piotr Koperski, który od 1984 roku, teraz już wraz z synem, osładza życie mieszkańcom Wielkopolski i co najważniejsze - jest jednym z elitarnego grona posiadaczy certyfikatu Kapituły Poznańskiego Tradycyjnego Rogala Świętomarcińskiego, który uprawnia do używania nazwy "rogal marciński" lub "rogal świętomarciński" w odniesieniu do tego tradycyjnego wypieku. Warsztaty dotyczyły kręcenia rogali, więc ciasto było już przygotowane i mogłam podejrzeć tylko ostatnią fazę przygotowań - przekładanie ciasta górą masła, składnie i wałkowanie, w celu uzyskania charakterystycznych dla ciasta półfrancuskiego listków.

rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty
rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty

Integralną częścią rogala marcińskiego jest nadzienie i najwięcej uwagi poświęcono właśnie jemu. Jak na certyfikowany produkt przystało, wszystkie składniki dobierane są z wyjątkową starannością i dbałością o jakość. Próbki białego maku zamawiane są od różnych producentów i spośród nich, komisyjnie wybierany jest ten najlepszy, najbardziej naturalny, świeży i bez zbędnych polepszaczy smaku i dodatków. Tylko taki mak ma prawo znaleźć się w marcińskim rogalu, razem ze zmielonymi rodzynkami, skórką pomarańczową, orzechami, biszkoptami i aromatem migdałowym. Kiedy ciasto jest gotowe, ręcznie wałkuje się je ponownie tak, aby powstał kształt prostokąta, który następnie kroi się w trójkąty, jak w przypadku każdego rodzaju rogali.

rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty
rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty

Jednak panowie Koperscy mają swój oryginalny patent, który podobno budzi duże zainteresowanie, szczególnie podczas zagranicznych konkursów cukierniczych - aby sprawnie i równo pokroić ciasto, cukiernicy używają specjalnej szabli. W końcu nie od dziś wiadomo, że Polak i szabelka, to nierozłączna para ;) Potem wystarczy już tylko hojną ręką nałożyć nadzienie o konsystencji gęstej pasty i zwinąć rogala tak, aby taka sama ilość maku z bakaliami znalazła się na środku i po bokach ciastka. Teraz z uśmiechem oglądam na zdjęciach moje niewielkie, równiutkie i grzeczne rogale sprzed roku i myślę sobie, że certyfikatu bym na nie nie dostała :)) Prawdziwy rogal marciński ma prawo być niepokorny, nierówny i pokazywać to, co ma najlepszego w środku.

rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty
rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty
rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty
rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty

Waga prawdziwego rogala marcińskiego wynosi około 250 gr, więc w Poznaniu jada się konkretnie (milczeniem pominę jednak, ile taki jeden rogal mieści w sobie kalorii, bo w dni świąteczne kalorii przecież nie liczymy ;)). Nadziane i uformowane rogale odpoczywają sobie przez czas jakiś w cieple, a kiedy napuszą się dumnie, trafiają do gorącego pieca, aby nabrać ostatecznego koloru i kształtu. Upieczone, rumiane i ciepłe jeszcze smarowane są następnie cukrową pomadą, która w przeciwieństwie do zwykłego lukru, długo pozostaje lśniąca i nie kruszy się (tajemnicą jest dodatek syropu kukurydzianego). Na końcu pozostaje posypać każde ciastko posiekanymi orzeszkami i rogale marcińskie są gotowe.

Nigdy wcześniej nie próbowałam tego prawdziwego rogala, prosto z Poznania i muszę przyznać, że smakuje, w dodatku prosto z pieca, wyśmienicie. Warto wybrać się do Poznania w okolicach 11 listopada, aby zasmakować tej wspaniałej tradycji. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś i mnie to się uda, bo z miłą chęcią zapuściłabym się raz jeszcze wgłąb urokliwych, wąskich uliczek starego miasta, i tętniących życiem ulic nowej części miasta, podgryzając marcińskiego rogala oczywiście :)

rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty
rogale marcińskie w Poznaniu warsztaty

Le Champignon Sauvage, Cheltenham. Z wizytą u mistrza

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

Marzyliście kiedyś, żeby ze swoich domowych kuchni, chociaż na chwilkę, chociaż przez dziurkę od klucza zajrzeć do kuchni jednej z najlepszych restauracji na świecie i poznać jej tajemnice? Ja marzyłam, a mimo to nawet nie śniło mi się, że marzenie to może kiedyś się spełnić. A jednak! :) Dziełem paru zbiegów okoliczności i przypadków, a przede wszystkim, jak to się zwykle zdarza, z dużą pomocą starych, niezawodnych przyjaciół (Justyna – wielkie dzięki i dozgonne wyrazy wdzięczności! :)) znalazłam się w brytyjskim Cheltenham, gdzie spędziłam parę niezapomnianych, inspirujących chwil w dwugwiazdkowej restauracji Le Champignon Sauvage.

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

Zanim niemożliwe okazało się możliwe i przekroczyłam drzwi restauracji, dostałam dwie autorskie książki szefa Le Champignon Sauvage Davida Everitt-Matthiasa - pierwsza, debiutancka „Essence”, z przepisami dań serwowanych w restauracji, od starterów, przez dania główne po desery i druga, poświęcona tylko i wyłącznie deserom. Od pierwszej chwili zafascynowała mnie nie tylko wyrafinowana fantazja Davida w komponowaniu smaków i oryginalnych połączeń składników, która wyróżnia większość gwiazdkowych szefów kuchni, ale przede wszystkim ogrom i różnorodność używanych przez niego dzikich ziół, owoców, korzeni i kwiatów. W książkach przewijały się kremy z rukwi wodnej, sałatki z szczawiku zajęczego, podagrycznika, krwawnika, liści lubczyku, fiołkowe lody, głogowa panna cotta, krem nagietkowy (wcale nie do smarowania twarzy na noc ;)), kasztanowy sorbet i wiele innych zaskakujących dań, dodatków i deserów, które można wyczarować ze składników dostępnych w lesie i najbliższej łące. Wtedy pomyślałam, że oto znalazłam swojego kuchennego guru :)

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

David Everitt-Matthias wraz z żoną Helen otworzył swoją restaurację w spokojnym, malowniczym Cheltenham w 1987 roku, kiedy po latach nauki i terminowania u najlepszych szefów kuchni w Londynie, postanowił pójść swoją drogą. Zdobyta wcześniej wiedza i nieustanne eksperymentowanie ze składnikami i smakami, pozwoliły mu na wypracowanie własnego stylu, który był na tyle dobry i oryginalny, że przyniósł mu najbardziej zaszczytne i prestiżowe nagrody w świecie szefów i restauratorów. Obok wspomnianych już dwóch gwiazdek w przewodniku Michelin, Le Champignon Sauvage może pochwalić się dwiema gwiazdkami w przewodniku Hardena, czterema rozetkami AA, a sam David – tytułem najlepszego szefa Wielkiej Brytanii 2007 roku i najlepszego cukiernika roku w rankingu Egona Ronaya. Do tego David od lat przyjaźni się z Gordonem Ramsayem, który jest również autorem słowa wstępnego do jego pierwszej książki, a sam Heston Blumenthal, zaszczycił swoim wstępem jego „Desery”.

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

Mając na uwadze to wszystko, możecie sobie wyobrazić, jaka onieśmielona byłam jadąc tam jako skromny, niewykwalifikowany, kucharzący amatorsko bloger :) Na szczęście okazało się, że zupełnie niepotrzebnie :) Już od progu przywitał mnie szeroki uśmiech Davida (który jak wnioskuję z reszty mojego pobytu, chyba ogólnie bardzo rzadko znika z jego twarzy ;)), który zaprosił mnie prosto do swojego królestwa, czyli kuchni, gdzie trwała już poranna sesja przygotowań do popołudniowego serwisu. Kiedy do tego otrzymałam biały kitel, sygnowanych wyszytym na piersi imieniem i nazwiskiem szefa kuchni do przebrania, cały stres zniknął, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki (fajnie poczuć się jak prawdziwy szef! ;)) i po chwili czułam się już jak jeden z członków kuchennego zespołu :) Wszystkie patetyczne wizje, związane z wyglądem i atmosferą „gwiazdkowych” restauracji, które wcześniej przewijały mi się w głowie, zweryfikowałam równie szybko. Bo kuchnia w La Champignon Sauvage jest mała i przytulna, a zespół młodych kucharzy roześmiany, jak ich szef, żartujący i bawiący się swoją pracą z nieukrywaną przyjemnością i radością. Jedyną rzeczą, która może budzić respekt, to piękny, srebrny piec francuskiej marki Molteni, nazywany Rolls Roycem profesjonalnych kuchni.

Sala restauracyjna także w niczym nie przypomina sterylnego, sztywnego i zimnego miejsca, którego większość ludzi omijałaby z daleka. Są za to ciepłe kolory, na ścianach spokojne obrazy malarstwa sztuki nowoczesnej z prywatnej kolekcji gospodarzy i coś co całkowicie podbiło moje serce – nakrycia stołów , których głównym akcentem są piękne talerze, ręcznie malowane... przez samego Davida! :)

Zostałam również oprowadzona po małym przydomowym ogródku na zapleczu restauracji, gdzie w skrzynkach i na rabatkach rosną zioła i rośliny, które prosto stamtąd trafiają do kuchni. Poza tym szef, często wraz z całym swoim zespołem, osobiście organizuje wyprawy do pobliskich lasów po grzyby, jagody, borówki, dziką różę, głóg, jarzębinę i rośliny z długiej listy jadalnych, o której w przynajmniej połowie nie miałam pojęcia (okazuję się, że jakieś 95% trawnika jest jadalna... ;))

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

Nie byłam tylko biernym obserwatorem. Miałam niesamowitą frajdę uczestniczenia w przygotowywaniu potraw, a najwięcej czasu spędziłam na moim wciąż najbardziej ulubionym stanowisku cukierniczo-deserowym :) Robiłam między innymi czekoladowy sorbet, bergamotkową galaretkę, ciasto migdałowo-malinowe, karmelizowane płatki gruszki, panna cottę z tonką, lukrecjowy creme brulee. Podglądałam jak przygotowuje się mięsne terriny i wywary, pieczenie, sosy i warzywne dodatki, a na końcu garniruje dania. Zostałam też poproszona o przygotowanie jakiegoś tradycyjnego polskiego dania z kaszą jaglaną. Padło na staropolskie pierogi z kaszą jaglaną i twarogiem (twaróg kupiłam bez problemu na miejscu w polskim sklepie :)), które udały się na medal (uff! ;)) i smakowały bardzo całemu zespołowi. A David skrupulatnie zanotował przepis :)

Całe menu La Champignon Sauvage inspirowane jest przede wszystkim kuchnią francuską. Jednak przemycane do dań najróżniejsze, dzikie rośliny i owoce nadają mu bardzo indywidualnego stylu. Zaopatrzona w przepisy z książek, postaram się odtworzyć kilka potraw w mojej kuchni i podzielić się nimi tutaj na blogu.

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

Tymczasem jeszcze długo wspominać będę tę niesamowitą przygodę, a David Everitt-Matthias, jego prawdziwa pasja, kunszt kucharski, a przede wszystkim godna podziwu skromność, pozostanie moim wielkim autorytetem. I pamiętajcie – marzenia się spełniają :)

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

restauracja Le Champignon Sauvage, Cheltenham - z wizytą u mistrza

THANK YOU David and all Le Champignon Sauvage team!


LE CHAMPIGNON SAUVAGE RESTAURANT,
24-26, SUFFOLK ROAD,
CHELTENHAM, GLOS. GL50 2AQ
UK

http://www.lechampignonsauvage.co.uk/


Lubię średniowieczne jarmarki :) Wilno

Wilno jarmark średniowieczny na rynku

W pięknym Wilnie, o którym opowiadałam Wam z ostatnim wpisie, trafiłam tym razem niespodzianie na jarmark średniowieczny odbywający się w sobotę na głównym rynku miasta :) Nie mogłam powstrzymać się przed obfotografowania wszystkich kramów i pokazaniem ich Wam :) Można było obejrzeć stroje, sprzęty, dawne metody robienia glinianych naczyń i ich wypalania w specjalnym piecu, drewniane, dekoracyjnie rzeźbione dzieże do ciasta, mosiężne sztućce, gliniane garnki do gotowania, a poza tym biżuteria, tkaniny, instrumenty, monety, a to wszystko przyprawione dużą dawką humoru, wcielających się w średniowiecznych mieszczan organizatorów. Od tego wszystkiego można było niemal stracić głowę, szczególnie w pobliżu miejsca zarezerwowanego dla kata i jego małego pomocnika ;)

Wilno jarmark średniowieczny na rynku

Pomiędzy wyjazdami i powrotami umknął mi gdzieś tegoroczny dzień blogera, ale że w międzyczasie otrzymałam miłe zaproszenie do blogowej zabawy od Dagi i Amber i obiecałam się wywiązać - mocno spóźniona, ale niniejszym to czynię :)

Oprócz średniowiecznych jarmarków... ;)
- lubię weekendowe spotkania z przyjaciółmi, kiedy po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, jakie to szczęście, że ich mam :)
- lubię moment, kiedy koła samolotu odrywają się od ziemi i kołaczącą się wtedy w głowie myśl, że "człowiek musi sobie od czasu do czasu polatać" ;)
- lubię Trójeczkę, najbardziej tę radiową :)
- lubię koty :)
- lubię fotografować i lubię, kiedy obraz na zdjęciu pokrywa się idealnie z tym, który wcześniej narodził się w mojej głowie,
- lubię stare, dobre rockowe granie i koncerty na żywo,
- lubię kulinarne wyzwania,
- lubię kupować książki i płyty,
- lubię ciepło

Wilno jarmark średniowieczny na rynku

Wilno jarmark średniowieczny na rynku

Wilno jarmark średniowieczny na rynku


Cypr - w gościnie u Bachusa. Historia cypryjskiego wina

Cypr i historia cypryjskiego wina

Cypr, oprócz słońca, ciepłego morza, owoców i wspaniałej śródziemnomorskiej kuchni, może poszczycić się jeszcze jednym bogactwem – winem. Opowiadając o wyspie nie można nie wspomnieć o cypryjskim winie i kulturze winnej, kiedy na każdym kroku spotyka się tam ślady wielowiekowej, bogatej historii trunku. Odkryto, że właśnie na Cyprze znajdowała się jedna z najstarszych na świecie wytwórni wina, datowana na około 3500 rok przed Chrystusem, czyli mająca jakieś 5500 lat! Co więcej, Cypr może pochwalić się najstarszą marką wina, która od 1191 roku, pod tą samą nazwą produkowana jest do dnia dzisiejszego.

Cypr i historia cypryjskiego wina


Cypr i historia cypryjskiego wina

Starożytne, drewniane prasy winne, ogromne, ceramiczne amfory czy gliniane naczynia, używane do fermentacji wina, narzędzia do uprawy winorośli można znaleźć w wielu malowniczych, cypryjskich wioskach, w których w większości przypadków mieszkańcy do dziś kontynuują winne tradycje przodków. Wyspa słynęła z win już w czasach starożytnych i jako jedna z pierwszych rozpoczęła uprawę winorośli. Wymieniana już w Pieśni Salomona i w pismach Pliniusza Starszego, a w połowie XIV w. niemiecki pielgrzym Ludof von Suchen pisał niezbyt pochlebnie „W całym szerokim świecie nie masz większych opojów niźli na Cyprze” :)

Dla mnie najciekawszymi, napotkanymi „winnymi” śladami historii były, pochodzące z czasów greckich i rzymskich kolorowe i fascynujące mozaiki, z ich najpiękniejszymi przykładami w Pafos. Pamiętacie mit od Ikariosie? To jeden ze słynnych Ateńczyków, który miał zaszczyt gościć u siebie samego boga Dionizosa. Gościna musiała być bardzo udana, bo Dionizos w ramach wdzięczności podarował Ikariosowi dzban nieznanego dotąd ludziom napoju i nauczył go jego wytwarzania. W ten sposób Ikarios stał się pierwszym ziemskim winiarzem :) Niestety, nie skończyło się to dla niego najlepiej, bo zachęcony przez rozpustnego boga, poczęstował winem sąsiadujących z nim pasterzy. Ci, upojeni trunkiem i zaskoczeni jego właściwościami, byli pewni, że Ikarios podał im truciznę i w zemście zabili go. Mimo tragicznej historii Ikariosa, Cypryjczycy musieli czuć z nim duchowe pokrewieństwo, bo uwiecznili go na ogromnej mozaice w tzw. Domu Dionizosa w Pafos, razem z wozem zaprzężonym w dwa woły i wypełnionym bańkami z winem. Pierwsi winni opoje też znaleźli tam miejsce, ale chyba raczej jako przestroga przed zgubnymi skutkami nadużywania trunku niż jego pochwała (oboje mają wyraźnie sponiewierane odzienia i wyraźnie niewyraźne miny ;)).

Cypr i historia cypryjskiego wina

Najsłynniejszym cypryjskim winem jest Commandaria (Koummandaria). Słodkie, ciężkie, czerwone wino deserowe, o smaku przypominającym maderę, wytwarzane było już za czasów antycznych. Znane wówczas jako „Nama”, podobno tak bardzo przypominało Markowi Antoniuszowi smak pocałunków Kleopatry, że podarował on swojej słynnej kochance całą wyspę (ach, kiedyś panowie to mieli gest... ;))! Nama została później przemianowana na Commandarię, kiedy Ryszarda Lwie Serce sprzedał wyspę rycerzom Zakonu Templariuszy, którzy założyli swoją główną komandorię w zamku Kolossi w Limassol, na południu Cypru. Przedtem jeszcze wyprawił sobie huczne wesele, poślubiając królową Berengarię, na którym słodkie, cypryjskie wino podobno lało się strumieniami i wtedy upojony nim król ogłosił je "Winem królów i królem win", którym to hasłem do dzisiaj Cypryjczycy chętnie zachwalają swoją narodową dumę :) Jednak dzisiejszą nazwę wina Commandaria zawdzięcza Templariuszom, nie angielskiemu królowi.

Cypr i historia cypryjskiego wina

Commandaria produkowana jest od wieków tą samą metodą. Winogrona do jej produkcji, uprawiane są w południowej części gór Troodos i zbierane pod koniec sezonu, kiedy są już przejrzałe i nawet częściowo wysuszone i pokryte pleśnią, która potęguje ich słodycz. Wino powstaje poprzez fermentację w otwartych kadziach. Kiedy gotowe wino zlewa się do beczek, zostawia się na dnie naczynia trochę osadu, dzięki czemu Commandaria zachowuje swój oryginalny smak od wieków. Cypryjczycy nie tylko z dumą częstują turystów Commandarią, ale też z powodzeniem wykorzystują ją w kuchni. W najbliższym czasie obiecuję przepis z najstarszym winem świata w roli głównej :)

Cypr i historia cypryjskiego wina

Innym rodzimym wyrobem alkoholowym Cypru jest Zivania. Cypryjczycy, w przeciwieństwie do Greków, nie piją dużo ouzo i restiny. Za to mają swoją własną „wodę ognistą”, również mającą korzenie w antycznej tradycji :) W dawnych czasach, większość wiejskich domów posiadało swój własny destylator do produkcji Zivanii. Bo jest to niemalże czysty spirytus gronowy! Dobra Zivania zawiera około 49% alkoholu :) Dzisiaj produkowana legalnie na masową skalę przez wielkie wytwórnie i przeważnie z zawartością alkoholu nieprzekraczającą 45%.

Starym, „domowym” sposobem Zivania do dnia dzisiejszego produkowana jest w klasztorze Kykkos w górach Troodos. Tam znaleźć można unikatową, czerwoną odmianę spirytusu gronowego, który kolor zawdzięcza dodatkowi cynamonu i innych przypraw. Mnisi produkują też Zivanię z dodatkiem ziół i podobno jeszcze do niedawna na dzień dobry częstowali nią strudzonych pielgrzymów i turystów (niestety ja już się nie załapałam ;)) :)

Zivania to nie tylko biesiadny trunek dla „zaprawionych w boju” ;) Cypryjczycy traktują ją również jako środek leczniczy. Podobno, stosowana doustnie w małej ilości, świetnie pomaga na wszelkie sensacje żołądkowe, a stosowana zewnętrznie poprzez wcieranie i masowanie, przynosi ulgę w bólach głowy i przeziębieniach. Jeszcze nie miałam okazji, ale przy najbliższej niedyspozycji na pewno wypróbuję :)

Cypr i historia cypryjskiego wina

Jedną z głównych atrakcji turystycznych na Cyprze jest degustacja win i wyrobów alkoholowych. Commandarią i Zivanią można zostać poczęstowanym nawet w niewielkim sklepiku, specjalizującym się w lokalnych wyrobach (nie tylko alkoholowych). Organizowane są też całe objazdy po regionach i wioskach słynących z produkcji win lub można odwiedzić jedną z dużych wytwórni alkoholi. Ja miałam okazję zwiedzić wytwórnię SODAP i spróbować produkowanych tam wyrobów. Oprócz świetnych win, na Cyprze warto spróbować miejscowej brandy i oryginalnej „brandy sour”, zaprawionej sokiem z cytryny i kroplami angostury oraz bardzo smacznych likierów oraz słynnej na świecie cypryjskiej cherry. Jeżeli jest okazja, najlepiej spróbować wszystkiego i znaleźć swój ulubiony smak. Jest tylko jeden mały minus – po takiej degustacji trudno przestać chichotać (chociaż nie jest to takie uciążliwe, jeżeli chichoczą też wszyscy współtowarzysze) ;))))

Cypr i historia cypryjskiego wina


Ta`amiyya (falafel) z cukinią i chlebki pitta

Ta'amiyya - egipski falafel z cukinią

Z malutkimi kotlecikami z ciecierzycy lub bobu, smażonymi w głębokim oleju po raz pierwszy zetknęłam się w Egipcie, parę lat temu, kiedy z przyjaciółką przewędrowałyśmy kraj faraonów od delty Nilu aż do Assuanu. Spełniając moje wielkie marzenie o poznaniu tej wspaniałej, ponadczasowej kultury i dotknięciu jednej z wielkich piramid :) jednocześnie stykałam się ze współczesnym Egiptem i jego jasnymi i ciemniejszymi stronami. Najmilej wspominam początek podróży, kiedy to na kilka dni zatrzymałyśmy się w niewielkiej i zupełnie nieturystycznej miejscowości na północy. Dla jej mieszkańców byłyśmy równie wielką atrakcją, jak oni i ich życie dla nas, z każdej strony spotykając się z wielką życzliwością (byłyśmy zaproszone nawet do miejscowej podstawówki w charakterze gości z dalekiej Europy i na uroczystą kolację ramadanową przez jedną z tamtejszych rodzin :)).

Tam właśnie po raz pierwszy jadłam ta'amiyyę, w innych krajach arabskich zwaną falafelem - prosto z ulicznego stoiska, na które składał się olbrzymi wok z rozgrzanym olejem, miska z mieloną ciecierzycą z przyprawami i uśmiechnięty od ucha do ucha pan, który gotowe, usmażone kotleciki pakował w tutkę zwiniętą z gazety :) Nasze żołądki, nieprzywykłe jeszcze do innego jedzenia, ta'amiyyę tolerowały nad podziw dobrze. Ba, nawet tak się rozsmakowały, że kotleciki z gazety ;) stały się podstawą naszego wyżywienia w czasie całej podróży. Nieodłącznym dodatkiem był też aysh, czyli arabski chlebek pitta, po który chodziłyśmy do miejscowej piekarni (na którą składało się pomieszczenie z piecem i misami do wyrabiania i wałkowania ciasta, długi stół z desek na zewnątrz, na który bezpośrednio lądowały upieczone pitty do sprzedaży i mnóstwo uśmiechniętych od ucha do ucha chłopców, lekko oprószonych mąką :)) późnym wieczorem, kiedy piekarnię otwierano i chleb był najświeższy.

W Egipcie nie spotkałam się z podawaniem falafela w chlebie z sosami i warzywami, na wzór wegetariańskiego kebaba - kotleciki kupowało się oddzielnie i ewentualnie zagryzało, złożoną na pół pittą. Ale i tak najpyszniejsze były same, jedzone palcami prosto z gazety :) Ta'amiyya to zdecydowanie mój egipski, spożywczy numer jeden, wraz ze świeżo wyciskanym sokiem z trzciny cukrowej w konkurencji 'napoje' i słodkim, kremowym mango w konkurencji 'owoce' :)

Ta'amiyya - egipski falafel z cukinią

Parę dni temu natknęłam się na przepis na falafela z dodatkiem cukinii na blogu Cook (Almost) Anything. Pomysł bardzo mi się spodobał, bo jak zauważyła też autorka bloga, klasyczny falafel czasem wychodzi za suchy, a dodatek cukinii (lub marchewki) może skutecznie temu zapobiec. I rzeczywiście, cukiniowe ta'amiyyki są chrupiące z wierzchu i przyjemnie miękkie i wilgotne w środku. Naprawdę przepyszne! Przepis poprawiłam trochę do własnego smaku przez dodanie czosnku i sezamu.

Ta'amiyya - egipski falafel z cukinią

Ta'amiyya (falafel) z cukinią:

200 g startej cukinii,
400 g ciecierzycy (lub bobu) z puszki,
1 czerwona cebula,
2 ząbki czosnku,
1/2 łyżeczki wędzonej papryki,
1/2 łyżeczki mielonego kuminu,
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia,
1 jajko,
garść natki pietruszki (lub świeżej kolendry jak ktoś ma i lubi),
2 łyżki sezamu,
bułka tarta

Cebulę, czosnek, paprykę, kumin i proszek do pieczenia wrzucić do blendera i dobrze posiekać. Dodać cukinię (uprzednio odciśniętą dobrze z soku) i ciecierzycę i ponownie zmiksować całość. Na koniec dodać natkę pietruszki i sezam oraz lekko rozmącone jajko. Wszystko wymieszać (jeżeli masa jest zbyt rzadka, dodać 1-2 łyżki bułki tartej). Z masy formować malutkie kulki i obtaczać w bułce tartej, lekko spłaszczając (na wzór egipski ;)) lub nie, jeżeli wolicie kulki. W głębokiej patelni rozgrzać dobrze olej (ważne! Jeżeli olej będzie za chłodny falafele mogą się rozpadać) i smażyć kotleciki na złotobrązowo. Odsączyć na papierowym ręczniku.



Chlebek pitta


arabski chlebek pitta

Na fali wspomnień z Egiptu, postanowiłam przy okazji upiec i aysh :) Nigdy wcześniej nie piekłam sama chlebków pitta i byłam bardzo ciekawa, czy rzeczywiście wyjdą takie pięknie napuszone, jak te z egipskiej piekarni :) Jako że to mój pierwszy raz, nie eksperymentowałam z przepisami, tylko pobiegłam do Tatter po wiarygodny i sprawdzony. Chlebki wyszły piękne i napuszone, jak na załączonych obrazkach (wykorzystałam swój patent z drożdżowym, które rośnie, kiedy śpię i chlebki po raz drugi rosły przez noc w lodówce).

Jeżeli macie ochotę na arabską ucztę bardzo polecam oba przepisy.

arabski chlebek pitta

Chlebki pitta:
(cytuję za Tatter)

450 g białej pszennej maki,
10 g swieżych drożdży (lub 1 łyżeczka instant),
2 łyżeczki soli,
280 g letniej wody,
4 łyżki oliwy z oliwek

Mąkę wymieszać z drożdżami. Dodać sól, wodę i oliwę. Zagnieść gładkie elastyczne ciasto. Zostawić do wyrośnięcia na około godzinę. Wyrośnięte ciasto podzielić na 10 części, uformować kulki, ułożyć na posypanej mąką powierzchni i zostawić do wyrośnięcia na kolejną godzinę.
Każdą z kulek rozwałkować na placki grubości około 5 mm, oprószyć z wierzchu mąką i zostawić pod przykryciem na 20 min. W tym czasie rozgrzać piekarnik do 230 stopni i kamień do pieczenia lub grubą blachę. Piec około 6-7 minut, aż ładnie się napuszą i lekko zarumienią.

Z egipskich foto wspomnień:


egipski aysh



egipska "mała gastronomia", specjalizująca się w ta'amiyyi


piekarnia


domowy wypiek chleba