Karnawał wkracza właśnie na ostatnią prostą. Już w przyszłym tygodniu będziemy objadać się w Tłusty Czwartek, a za dwa tygodnie świętować ostatki. Teraz dopiero zacznie się prawdziwe smażenie, lukrowanie i pudrowanie! :) Zdążyłam już usmażyć nowoorleańskie beignets, ale w tym roku koniecznie chciałam wypróbować też włoskie zeppole.
Kiedy mam ochotę na coś słodkiego, a nie chce mi się ucierać ciasta, piekę muffinki z owocami lub bakaliami. A kiedy chodzą za mną pączki, ale nie uśmiecha mi się zagniatanie ciasta, czekanie, aż wyrośnie i smażenie - piekę pączkowe muffinki z konfiturą :)
Oglądanie programów kulinarnych ma zgubny wpływ (na wagę) ;) Odkąd obejrzałam odcinek Słodkiego Biznesu, w którym Buddy Valastro (ten zabawny włoski cukiernik od zwariowanych tortów), podróżujący z rodziną po Stanach, zajada się w Nowym Orleanie jeszcze gorącymi beignets, te puszyste, pączkowe poduszeczki nie dawały mi spokoju. A że do Nowego Orleanu nie wybieram się w najbliższej przyszłości (wciąż jeszcze bardziej kręci mnie kierunek na Wschód od południka zero), nowoorleańskie beignets własnej roboty po prostu musiałam wypróbować w karnawale.
Wyobraź sobie, że w Twoim ogrodzie pomiędzy grządkami warzywnymi, drzewami i krzewami owocowymi rosną wonne przyprawy korzenne... Tak właśnie musiał wyglądać ogród rajski :) To wszystko razem pewnie trudno byłoby połączyć w rzeczywistości, ale prawdziwy ogród przypraw miałam szczęście zobaczyć na Sri Lance.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)