Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chleby i bułeczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chleby i bułeczki. Pokaż wszystkie posty
Nie piekłam ich nigdy wcześniej, chociaż błyszczące od syropu bułeczki z białym krzyżykiem i brytyjskim rodowodem, kusiły mnie od dawna. Wypiekanie hot cross buns i jedzenie ich w Wielki Piątek jest nadal kultywowaną tradycją w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Australii i Nowej Zelandii, ale też w Południowej Afryce, Kanadzie i Indiach. Podobno mają tajemniczą moc (jedna pozostawiona bułeczka chroni dom przed pożarem przez cały rok), bo krzyżyk z pasty powstałej z mąki i wody symbolizuje ukrzyżowanie Jezusa, a dodatek korzennych przypraw do ciasta - wonne oleje, którymi namaszczono po śmierci jego ciało.
Nie wiem jak Wam, ale mnie bardzo dłuży się ta zima! Tęsknię za słońcem, ciepłym wiatrem, zielenią, kwitnącymi jabłoniami i świeżymi ziołami. Odliczam tygodnie, kiedy znów będzie można skubać wprost z balkonowych skrzynek pachnącą bazylię do pomidorów i mozzarelli na śniadanie, drobnolistny tymianek do kurczaka i miętę do herbaty. Na pocieszenie wyjęłam z głębi szafki kiełkownicę i wysypałam pierwszą porcję nasion na kiełki. I upiekłam chleb - na sodzie z rozmarynem, z aromatycznych igiełek rozmarynowego drzewka, które dzielnie, jako jedyne całorocznie pełni rolę ziołowego reprezentanta na kuchennym parapecie.
Najbardziej lubię ten rodzaj pieczywa (czy to na drożdżach, czy na zakwasie), który wyrasta, kiedy śpię :) Nie chodzi o rodzaj ciasta, choć długi czas wyrastania ma duży wpływ na jego smak i konsystencję, ale o wystawioną na próbę moją cierpliwość. Mimo, że drożdżowe czy zakwasowe ma zwykle z góry przewidziany czas leżakowania, nigdy nie mogę powstrzymać się od ciągłego zaglądania do miski lub foremki, przekonywania siebie samą, że to na pewno już i w konsekwencji wstawiania do pieczenia niewyrośniętego do końca ciasta lub co gorsza takiego, które przerosło. Ciasto które rośnie nocą ma święty spokój i dokładnie tyle czasu, ile potrzebuje. I święty spokój mam też ja :)
W tamtym roku nie najadłam się rogali. Nie zjadłam ani jednego, bo 11 dzień listopada zastał mnie w dalekiej Tajlandii. Dlatego w tym roku musiałam odbić sobie świętomarcińskie objadanie się z nawiązką ;) Świąteczne rogale świętomarcińskie upiekłam już w sobotę, z czego tylko malutka, degustacyjna część została zjedzona (bo kto oparłby się pachnącemu, jeszcze ciepłemu rogalikowi prosto z pieca!), a reszta zapakowana skrzętnie i zamrożona w oczekiwaniu na świąteczną środę.
Kiedy we wrześniu jeżdżę na jesienne targi ogrodnicze, aby zaopatrzyć się w jesienne sadzonki do ogrodu, kolorowe wrzosy i miody na zimę, mijam po drodze gospodarstwo rolne z ustawionym przy polu bannerem z napisem "Święto Marchwi". Fantastyczna okazja do świętowania tuż po zbiorach tego wdzięcznego i niezastąpionego warzywa! I tak jak jesienne "święto ziemniaka", połączone w wykopkami i pieczeniem ziemniaków w ognisku, święto marchwi zasługuje na jego uczczenie jakimś marchewkowym specjałem. Wyobrażam sobie takie święto ze stołami uginającymi się od różnych wersji ciasta marchewkowego, marchewki duszonej, glazurowanych marchewek pieczonych, marchwiowych surówek, zupy marchwiowej i dzbanków ze świeżo wyciśniętym marchwiowym sokiem. Nie mogłoby zabraknąć pieczywa, a ja mam dziś dla Was chleb, który pasuje do święta marchwi jak ulał!
Truskawkowa tarta w sezonie powoli staje się tradycją w mojej kuchni, ale jeszcze bardziej niż bez niej, nie wyobrażam sobie czerwca bez drożdżówek z truskawkami. Czerwiec bez słodkich, truskawkowych bułeczek, to jak lipiec bez jagodzianek! Czasem pieczemy je wspólnie podczas weekendowych spotkań z rodziną, z prawdziwie "rodzinnej" porcji (z przynajmniej 1,5 kg mąki!), delektując się nimi w ogrodzie na gorąco - niemal tuż po wyjęciu z pieca (takie są najlepsze!). Częściej wypiekam bułeczki z truskawkami z mniejszej porcji, bawiąc się ich różnymi formami i dodatkami.
Został mi jeszcze jeden przepis, który nie zdążył załapać się na dyniowy festiwal. Powstał właściwie w celu spożytkowania reszty sera feta, który został mi po dyniowej zapiekance (nie marnujemy jedzenia!), a okazał się tak udany - i wizualnie i smakowo, że już pofestiwalowo, postanowiłam go Wam pokazać i polecić.
To już ostatni dzień tegorocznego Festiwalu Dyni i ostatnia festiwalowa propozycja, chociaż - czego jestem więcej niż pewna - nie ostatnia dyniowa na blogu. W końcu nie zdążyłam wykorzystać jeszcze dyń makaronowych, które także w ilościach hurtowych obrodziły mi tego lata i paru znalezionych przepisów, które zaintrygowały mnie na pierwszy rzut oka. Ale jesień wciąż w pełni, więc wszystko przede mną :)
W ostatni weekend wybrałam się na trwające w Elblągu, trzydniowe Święto Chleba. Nie znam przyjemniejszych jarmarków, od tych, na których z (prawie) każdego stoiska uśmiechają się do mnie rumiane bochny, chrupiące bagietki, puchate drożdżówki i sznury precli i obwarzanków. Imponująca liczba regionalnych i zamiejscowych wystawców z dumą zaprezentowała swoje wypieki, więc o prawdziwy zawrót głowy przyprawiał wybór oferowanych rodzajów chleba. Przechadzałam się pomiędzy stoiskami, dziękując losowi, że nie mam problemów z nietolerancją glutenu.
W końcu przyszła spóźniona i długo oczekiwana zima! Zrobiło się biało i mroźno, mimo wszystko chyba ku lekkiemu zaskoczeniu wszystkich. Nawet moje internetowe łącze zdaje się trząść z zimna niczym osika, tracąc co chwilę zasięg i skutecznie przeszkadzając mi w skończeniu tego wpisu ;)
Tak, tak - to jest tak chwila, to jest ten moment, kiedy rozpoczyna się coroczne święto dyni :) Nie wiem, co takiego jest w tym pękatym warzywie (a właściwie owocu ;)), że każdej jesieni najpierw czekam na nie z wyjątkową niecierpliwością i sentymentem, by później przez co najmniej 2 tygodnie angażował mnie kulinarnie bez reszty. Zawsze ze zdumieniem odkrywam dynię na nowo i z wielką radością biorę udział w blogowym festiwalu, któremu od lat dzielnie przewodniczy Bea.
Bardzo lubię nocne gotowanie, pieczenie, wycinanie ciasteczek, lukrowanie i tym podobne kuchenne aktywności przy świetle księżyca, ale tym razem wyjątkowo smacznie spałam, kiedy ten oto chlebek spokojnie, bez pośpiechu rósł i odpoczywał w lodówce. Warto było wstać godzinę wcześniej rano, aby wrzucić go do rozgrzanego pieca i na śniadanie cieszyć się ciepłym jeszcze, świeżym i pysznym owsianym chlebem prosto z domowej piekarni :)
Oficjalnie mamy wiosnę i święta wielkanocne za pasem. Nieoficjalnie - zasypany śniegiem i skuty lodem krajobraz za oknem, mrozy, których nie powstydziłaby się każda groźna zima i nastroje dalekie od wiosennego święta. Próbuję myśleć o wielkanocnych dekoracjach i świątecznym menu, ale zachmurzone, ciężkie niebo odbiera mi całą energię. Na szczęście ciasto drożdżowe zawsze skutecznie potrafi wyrwać mnie z marazmu (od relaksującego zagniatania ciasta, po terapeutyczny zapach podczas jego pieczenia), upiekłam więc bułeczki w kształcie wielkanocnych zajączków :)
Jak już uprę się na jakiś składnik, to nie ma zmiłuj! ;)) A że od zawsze uważam (przepraszając z góry wszystkich piwoszy za tę subiektywną herezję ;)), że piwo mniej nadaje się do picia (wyjątkiem jest grzane z duuuuużą ilością korzeni i zimne z duuuuużą ilością soku), a bardziej do gotowania, pieczenia i smażenia, w związku z tym znowu będzie o piwie :) Od czasu, kiedy odwiedziłam zieloną wyspę, miałam w zamiarze upieczenie domowej wersji tradycyjnego irlandzkiego soda bread.
Tego lata ominęło mnie prawie całe przetwórstwo owocowo-warzywne. Poza paroma słoiczkami dżemu truskawkowego z kwiatem czarnego bzu i jagodą kamczacką oraz słuszną ilością syropu z tego samego kwiatu, wyprodukowaną jak co roku z myślą o jesienno-zimowych przypadłościach, zabawę ze słoikami, gotowaniem, smażeniem i wekowaniem odpuściłam sobie z braku czasu na mniej zabiegane lato.
Czy macie jakiś dobry i sprawdzony sposób na przeżycie miesiąca z Euro'12? :) Na razie najbliższa jest mi myśl o zabarykadowaniu się w kuchni z uprzednio przygotowanym zapasem produktów, które jeszcze nie zdążyły przywdziać biało-czerwonego wdzianka z piłką i stać się niezbędnikami kibica. Swoją drogą, układanie rankingu najbardziej absurdalnych gadżetów piłkarskich jest całkiem niezłą zabawą :) Pomyślelibyście, że kwiatki doniczkowe też kibicują? Ależ oczywiście - doniczki w kształcie piłki nożnej są tego dowodem! ;))
Jeżeli nie byliście jeszcze na Litwie i jesteście miłośnikami dobrego pieczywa, zapewniam - choćby tylko i wyłącznie dla tego chleba warto przemierzyć tysiące kilometrów za naszą wschodnią granicę. Bo najpierw musicie koniecznie spróbować oryginału, aby zapamiętać ten smak i zatęsknić za nim w domu.
Kiedy tylko mam ochotę na lżejsze, bezmięsne dania, zaczynam szperać w przepisach kuchni azjatyckich. Hindusów uważam za niekwestionowanych mistrzów w tej dziedzinie i wszelkie aromatyczne jarskie odmiany curry, wege kofty, warzywne kormy i samosy mogłyby na stałe znaleźć się w moim codziennym jadłospisie. Jeżeli do tej pory nienawidzicie szpinaku, spróbujcie (nawet z zamkniętymi oczami :)), chociaż raz przyrządzonego na sposób hinduski. Mimo że jest tak samo "niewyględny", jak szpinakowy koszmar ze szkolnych i przedszkolnych stołówek , to gwarantuję, że nie ma nic wspólnego z tamtym smakiem. Świetnie doprawiony ostrym i zdecydowanym aromatem papryczki chili, imbiru i korzennych przypraw, fajnie łączy się z delikatnym białym serem.
Dzisiaj jeszcze raz po azjatycku i jeszcze raz fasolkowo :) Zdaję sobie sprawę, że mała dostępność prawdziwych, chińskich form do księżycowych ciastek jest dużą przeszkodą w wypróbowaniu poprzedniego przepisu, a bardzo chciałabym zachęcić Was do przetestowania fasolki adzuki, szczególnie na słodko, dlatego tym razem proponuję chińskie bułeczki, które bez przeszkód, z łatwością zrobicie w domu :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)